We wczorajszym komentarzu porównałem wydarzenia na Ukrainie z amerykańską wojną secesyjną, kiedy to czasowo urzędowało dwóch prezydentów (z tym, że każdy rządził tylko częścią Stanów). Dzisiaj samo się prosi inne historyczne nawiązanie — do kremlowskiej tradycji cara Dymitra Samozwańca z początku XVII wieku. Wygląda bowiem na to, że jedynym punktem, w którym ukraińskie społeczeństwo osiąga dzisiaj zgodność, jest szydercze tytułowanie prezydenta elekta... Wiktorem Samozwańcem. Oczywiście dla Wschodu jest nim Juszczenko, który w akcie determinacji złożył ślubowanie w obecności kadłubowego parlamentu, Zachód za takowego uważa natomiast Janukowycza, namaszczonego wczoraj przez Centralną Komisję Wyborczą.
Oprócz tytułu Samozwańca, drugim ukraińskim pewnikiem jest odpowiedzialność Władimira Putina za wpędzenie sąsiadów w głęboki kryzys. Bez wsparcia Moskwy władza w Kijowie upadłaby tak samo, jak zdarzyło się to w Gruzji. W tym kontekście strategicznego znaczenia nabiera dzisiejszy, przełożony z 11 listopada, szczyt Unia Europejska — Rosja w Hadze. Czy holenderskiej prezydencji oraz Komisji Europejskiej wystarczy odwagi, aby rosyjskiemu prezydentowi powiedzieć prosto w oczy, co Europa myśli o jego imperatorskich ambicjach?
Asekurancka Unia oczywiście za wszelką cenę chce uniknąć otwartego kryzysu, ale właściwie co ma do stracenia? Przecież i tak nie dojdzie dzisiaj do zawarcia strategicznego porozumienia unijno-rosyjskiego. Putin się tym kompletnie nie przejmuje, albowiem nauczył się już prowadzić rozgrywki nie z występującą blokiem wspólnotą, lecz odrębnie z unijnymi potentatami — Niemcami i Francją. Wychodzi zatem, że jedynymi ludźmi mogącymi realnie dokonać przełomu w sprawie Ukrainy są Gerhard Schröder i Jacques Chirac. Trudno jednak się spodziewać, aby nagle zerwali budowane przez tyle lat mosty do Rosji — ponad głowami Polski i jakiejś tam Ukrainy...