Problemy ze stadionami po Euro 2004

PAP
03-05-2011, 13:19

Tylko trzy z dziesięciu portugalskich stadionów wybudowanych lub zmodernizowanych na piłkarskie mistrzostwa Europy w  2004 roku okazały się opłacalnymi inwestycjami. Do pozostałych trzeba po  turnieju dopłacać, niektóre mogą zostać nawet rozebrane.

Stadiony w Lizbonie i Porto, na których w ubiegłym tygodniu zostały rozegrane pierwsze mecze półfinałowe Ligi Europejskiej, należą do nielicznych portugalskich aren sportowych wybudowanych na Euro 2004, których utrzymanie ma dziś sens ekonomiczny.


Na należącym do Benfiki Lizbona Stadionie Światła (Estadio da Luz) gospodarze pokonali Bragę 2:1, a na Stadionie Smoka (Estadio do Dragao) FC Porto rozgromiło Villarreal 5:1. Zespół z Bragi w rewanżu podejmie Benfikę na stadionie wybudowanym za 31 mln euro. Wprawdzie obiekt ten jest dosyć często wykorzystywany, jednak zdaniem ekspertów nie był trafioną inwestycją i codziennie przynosi straty. Nie on jeden.


Według portugalskich ekonomistów, tylko dwa stadiony w Lizbonie (Estadio da Luz i Estadio Alvalade) oraz obiekt FC Porto były opłacalnymi sportowymi inwestycjami na Euro 2004. "Pozostałe stadiony, które nie przynoszą dziś zysków, powinny zostać jak najszybciej zburzone. Portugalia nadal płaci za koszty budowy i modernizacji obiektów na mistrzostwa Europy” - uważa były minister gospodarki Augusto Mateus.


Mateus podkreślił, że organizatorzy dużych sportowych zawodów powinni bardziej stawiać na modernizację stadionów niż planować tworzenie ich od podstaw. "Kraje, takie jak Brazylia, która przygotowuje się do organizacji piłkarskiego Mundialu w 2014 r., muszą poważnie zastanowić się, czy zamiast budować nowe obiekty, nie lepiej nieznacznie tylko wyremontować już istniejące" - radzi.


Portugalia wydała na budowę nowych stadionów w Leirii, Coimbrze, Aveiro, Faro-Loule, Guimaraes i Bradze oraz na modernizację czterech obiektów sportowych w Porto i Lizbonie niebagatelną kwotę 1,1 mld euro. Te ostatnie stadiony, należące do Benfiki Lizbona, Sportingu Lizbona oraz FC Porto i Boavisty Porto, w minimalnej części były finansowane z państwowego budżetu. Koszty wzięły na siebie same kluby.


Notowane na giełdzie w Lizbonie FC Porto oraz stołeczna Benfica i Sporting od lat należą do europejskiej czołówki piłkarskiej. Poza meczami ligi portugalskiej, o puchar kraju oraz o puchar ligi, gdzie zazwyczaj dzielą pomiędzy siebie trofea, praktycznie co roku występują w rozgrywkach Ligi Mistrzów, bądź Ligi Europejskiej. W tym roku do półfinałów tej ostatniej zakwalifikowały się aż trzy portugalskie drużyny: FC Porto, Benfica Lizbona oraz Sporting Braga. Sukcesy przyciągają kibiców, zasilając klubową kasę.


Chociaż na ligowych spotkaniach czołowych drużyn Portugalii notuje się w tym roku kilkuprocentowy spadek frekwencji, to na każdy mecz FC Porto, Benfiki i Sportingu przychodzi co najmniej 20 tysięcy widzów. W dużej części publiczność stanowią rodziny, związane od pokoleń z klubami. W Lizbonie i Porto bardzo powszechne są karty kibiców, specjalne programy lojalnościowe oraz imprezy integrujące sympatyków klubów.


O ile FC Porto oraz stołeczna Benfica i Sporting poradziły sobie z kosztami przygotowania obiektów na Euro 2004, to o mniejszym szczęściu mogą mówić władze Boavisty Porto. Inwestycje w przebudowę stadionu Bessa zakończyły się dla niej katastrofą. Klub samodzielnie finansował przedsięwzięcie, zaciągając wysokie kredyty, których ostatecznie nie był w stanie spłacić.


Na wybudowany w dzielnicy Boavista obiekt sportowy na 30 tys. miejsc, noszący dumne imię "XXI wieku”, przychodzi dziś kilkusetosobowa grupka najwierniejszych kibiców. Zespół, który jeszcze w 2008 r. walczył o awans do europejskich pucharów, dziś gra w trzeciej lidze. Zmodernizowany na Euro 2004 stadion, którego wartość szacowana jest na prawie 35 mln euro, to najlepszy przykład źle skalkulowanej inwestycji w remont obiektu sportowego. Jego właścicielem jest dziś urząd skarbowy, który przejął stadion za długi wynoszące ponad 20 mln euro.


Poważnie nad demontażem wybudowanych od podstaw stadionów myślą władze samorządowe Guimaraes i Aveiro, których kluby (Vitoria i Beira-Mar) w ostatnich sześciu latach lawirowały pomiędzy pierwszą a drugą ligą. Stadiony te są za duże na potrzeby lokalnej społeczności – każdy z nich posiada po 30 tys. miejsc, przy czym w Guimaraes mieszka ok. 150 tys. mieszkańców, zaś w Aveiro zaledwie 70 tys. Na mecze Vitorii przychodzi średnio 10 tys. widzów, podczas gdy występy Beira-Mar ogląda jedynie 1,5 tys. osób. Oba obiekty są wprawdzie wykorzystywane dodatkowo przez seniorskie i juniorskie zespoły Portugalii w rozgrywkach międzypaństwowych, lecz częstotliwość tych występów jest niewielka: dwa lub trzy razy w roku.


Równie rzadko reprezentacja Portugalii korzysta ze stadionów w Leirii oraz w Coimbrze. Wprawdzie Uniao i Academica od kilku sezonów grają stale w rozgrywkach pierwszej ligi, lecz na ich meczach próżno wypatrywać tłumów. Frekwencja jest podobna jak w Guimaraes i Aveiro. "Utrzymanie takich obiektów kosztuje, a ani kasa klubowa, ani budżety samorządowe nie mogą sprostać ich dofinansowaniu. Aby uniknąć dalszego brnięcia w koszty, lepiej zdemontować te stadiony” - uważa Mateus.


Władze samorządowe w Leirii poza alternatywą wyburzenia nowego stadionu rozpatrują jego ewentualną sprzedaż. Dotychczas jednak nie udało się znaleźć nabywcy na wyceniany na 21 mln euro Estadio Magalhaes Pessoa. Według szacunków władz miejskich, roczne utrzymanie tego obiektu kosztuje 5 mln euro.


Sprzedaż stadionu rozpatrywana jest również w Aveiro. Ulisses Pereira, polityk Partii Socjaldemokratycznej, proponował nawet rozpisanie referendum, które zadecydowałoby o przyszłości tego obiektu.


Debata nad przyszłością wybudowanych na Euro 2004 stadionów nasiliła się w trakcie parlamentarnej dyskusji nad tegorocznym budżetem Portugalii, który boleśnie odczuwa skutki kryzysu. Równie słabe są finanse portugalskich miast, dlatego władze samorządowe coraz częściej rozważają możliwość likwidacji nierentownych obiektów sportowych.


Największe szanse na rozbiórkę ma Estadio Intermunicipal w Algarve. Ten 30-tysięczny obiekt, znajdujący się na wyludnionej nizinie pomiędzy Faro i Loule, jest najmniej wykorzystywanym stadionem wzniesionym na Euro 2004. Jego budowa kosztowała prawie 31 mln euro. Dziś rzadko odbywają się tu zawody sportowe oraz koncerty. M.in w lutym Polska zagrała tu towarzysko z Norwegią (150 widzów).


"Jego wykorzystanie jest sporadyczne, a dzienny koszt utrzymania 20 pracowników i wydatki na wodę oraz elektryczność przekraczają 6 tys. euro” - ujawnił burmistrz miasta Faro Macario Correia.


Słabością stadionu w Algarve jest też brak drużyny piłkarskiej, która rozgrywałaby na nim swoje mecze. Kierownictwo klubu Olhanense, najbliższego pierwoszoligowego zespołu, nie planuje przeprowadzki na stadion Faro-Loule, mimo, że odległość od ich podrzędnego boiska, na którym rozgrywane są mecze, wynosi zaledwie dziewięć kilometrów. "Nie chcę nawet myśleć o reakcji kibiców na takie rozwiązanie. To zły pomysł, który nie ma poparcia ani władz, ani zwolenników naszego klubu. Nie zamierzamy rozgrywać meczów poza Olhao” - powiedział prezydent Olhanense Isidoro de Sousa.


Ostatnią szansą na rozsądne wykorzystanie wybudowanych na Euro 2004 stadionów była portugalsko-hiszpańska propozycja organizacji piłkarskich mistrzostw świata w 2018 r. Iberyjska kandydatura przegrała jednak w finałowym głosowaniu z Rosją.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: PAP

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Świat / Problemy ze stadionami po Euro 2004