Projekt budżetu „na odchodne”
Mamy do czynienia z prawdziwą sensacją: projekt ustawy budżetowej trafił do Kancelarii Premiera. Tyle że ministrowie nie mieli czasu zająć się nim na wczorajszym posiedzeniu — wszak mają dużo czasu, dopiero 30 września o północy dokument musi znaleźć się w Kancelarii Sejmu (a jeszcze do tego 30 września wypada niedziela). Tak więc budżet został odłożony — są sprawy pilniejsze.
I tu wyjątkowo zgadzam się z rządem „na odchodnym”. Co prawda Konstytucja zobowiązuje rząd do złożenia projektu budżetu właśnie w tym terminie, ale kto tam by się przejmował Konstytucją. Premier zapewne i tak zdaje sobie sprawę z tego, że ma bardzo wielkie szanse stanąć przed Trybunałem Konstytucyjnym (paru ministrów również), to jeden zarzut mniej czy więcej — nie ma większego znaczenia. Tym bardziej iż wszyscy wiedzą, że projekt budżetu tego rządu zapewne nie trafi nawet na biurko nowych władz (jakiekolwiek by były i kiedykolwiek by były) tylko od razu do kosza na śmieci. No może minister Belka (jak już będzie ministrem) z ciekawości go przejrzy. Tak więc naprawdę jedyną zainteresowaną jest pani minister Wasilewska-Trenkner — jeżeli projekt będzie sensowny, może i w nowym układzie zachowa stanowisko wiceministra.
Na marginesie przecieków o tym projekcie rodzą się jednak pewne refleksje:
- nie znamy wysokości, koniecznej zapewne, kolejnej nowelizacji budżetu tegorocznego,
- jak łatwo pogodziliśmy się z deficytem budżetowym na rok 2002 na poziomie 40 mld zł, ba — w myśl anegdoty o ubogim Żydzie, rabinie i kozie — gotowi jesteśmy odbierać go jako dobrodziejstwo,
- warunki tworzenia przyszłorocznego budżetu zdynamizowały się (weta prezydenckie do „ustaw kosztowych”, nowy Sejm),
- żadne prognozy (wzrost PKB w 2002 r. na poziomie 1,7 proc.) i propozycje (podwyżka VAT do 24 proc.), chociażby w kontekście wyniku wyborczego ugrupowań firmujących ten rząd, nie mają najmniejszego znaczenia.