Od przemian ustrojowych, czyli znacznie wcześniej niż weszliśmy do Unii Europejskiej, słyszałem takie pełne troski debaty już kilkadziesiąt razy. Wszystko zostało powiedziane, prawidłowe tezy postawione. Generalny wniosek także z najnowszej dyskusji w KIG, że konieczne są wielowątkowe działania rozproszone, kompletnym absurdem byłoby dążenie do stworzenia jednego wreszcie skutecznego centralnego urzędu ds. promocji kraju.
Notabene w obszarze sportu poza sukcesem organizacyjnym bezwzględnie konieczny jest także sportowy. Choćby w tych dniach często powracające wspominki różnych mistrzostw Europy w piłce nożnej koncentrują się przede wszystkim na zwycięzcach, finalistach, niezapomnianych meczach – natomiast tylko małymi literkami gdzieś w tle przypominane jest miejsce danego turnieju finałowego EURO. Wśród innych konkretnych eventów promocyjnych dyskutanci naturalnie przywoływali też światowe wystawy Expo. W tym ostatnim wątku otrzymaliśmy na szczęście optymistyczną wiadomość, że Polska Agencja Inwestycji i Handlu podpisała wreszcie umowę na wzniesienie narodowego pawilonu na Expo 2025 w Osace, zatem jest nieśmiała nadzieja, że wielomiesięczny poślizg zostanie nadrobiony i na otwarcie wystawy 13 kwietnia 2025 r. Polska zdąży.
Wśród innych ważnych przedsięwzięć promocyjnych dosłyszałem też przykład nietrafiony. Chodzi o rotacyjną prezydencję Polski w ministerialnej Radzie UE, która zgodnie z ustaloną wiele lat temu kolejnością przypada nam w pierwszym półroczu 2025. Od przystąpienia do UE będzie to drugi raz, ten pierwszy trafił się w drugim półroczu 2011. Pierwsza połówka roku zawsze jest praktycznie… dłuższa i bardziej pracowita, ponieważ z drugiej całkowicie wypada urlopowy sierpień, a także druga część świątecznego grudnia, w obu tych okresach funkcjonowanie instytucji UE zamiera. Tak się składa, że po 14 latach prezydencję przygotowuje znowu rząd Donalda Tuska, spora część ekipy jest tożsama personalnie. Notabene 9 października 2011 r., czyli w środku pierwszej prezydencji, fatalnie wypadły wybory do Sejmu i Senatu. Akurat tamte przyniosły przedłużenie rządów, ale gdyby nastąpiła zmiana, taka jaka zaszła później w 2015 r., wszystko by się rozsypało.
Trzeba podkreślić, że prezydencja obecnie odgrywa rolę zdecydowanie mniejszą, niż gdy Polska przystępowała do UE. Niegdyś prezydent/premier danego państwa przez pół roku rzeczywiście był we wspólnocie decydentem przez duże D, ponieważ organizował i przewodniczył szczytom Rady Europejskiej, czyli zbiórkom kolegów z pozostałych państw. Jednak od wejścia w życie w 2009 r. traktatu z Lizbony i ustanowienia funkcji stałego przewodniczącego RE ranga półrocznych zmian w unijnej sztafecie radykalnie się obniżyła. Obecnie prezydencja ogranicza się do kierowania jedynie obradami ministerialnej Rady UE, obradującej w dziesięciu składach branżowych. Całkowitym bezsensem i wielkim nadużyciem jest używanie nieprawdziwego skrótu pojęciowego, że jakieś państwo przejmuje przewodnictwo w… Unii Europejskiej. Dlatego też efekt promocyjny instytucji w gruncie rzeczy czysto technicznej i interesującej wyłącznie samą klasę polityczną jest bardzo iluzoryczny. Gdyby np. statystycznego Polaka zapytać, kto kieruje do 30 czerwca pracami Rady UE (Belgia), a także kto przejmuje od 1 lipca (Węgry) – odsetek prawidłowych odpowiedzi byłby liczbą jednocyfrową. Podobnie bliska zera będzie świadomość prawie półmiliardowej wspólnoty unijnej, że od 1 stycznia 2025 r. miraż kierownicy przejmie akurat Polska…
