My budowaliśmy autostrady dwa razy szybciej niż wy — wypomnieli na półrocze funkcjonowania rządowi Donalda Tuska posłowie rządzącego nie tak dawno Prawa i Sprawiedliwości. Podali liczby — za rządów Jarosława Kaczyńskiego przybywało 11 km autostrad miesięcznie, za obecnej ekipy zaledwie 5,5 km. Mordercza licytacja. Mniej więcej tak, jakby w najdroższym kasynie Las Vegas ktoś zaczął grać na zapałki.
Można by obecna ekipę usprawiedliwiać, że rząd Jarosława Kaczyńskiego był lepszy w otwieraniu autostrad zapoczątkowanych przez poprzedników, a Donald Tusk po prostu nie ma czego otwierać. Można by, ale po co? Gołym okiem widać, że ambitne plany autostradowe najlepiej wyglądają na kolorowych mapach, w terenie obraz jest już bardziej przygnębiający. Jeśli w najbliższych kilku miesiącach ekipa Tuska nie przekroczy owego zaklętego kręgu niemożności, to ani ten rząd, ani następny nie stępi sobie nożyc na przecinaniu wstęg kolejnych otwieranych odcinków.
Żaden z dotychczasowych rządów nie ma się czym chwalić — niezależnie od tego, czy budowano 5 czy 50 km miesięcznie. Autostrad w Polsce nie ma — bo powinny one łączyć główne ośrodki miejskie lub węzły komunikacyjne, a nie pole z lasem, jak to się dzieje w przypadku już istniejących odcinków. A wbrew pozorom autostrada to prosta rzecz. Im mniej zakrętów, tym lepiej, możliwe są co najwyżej łagodne łuki. Tego jednak polscy politycy nie są w stanie zrozumieć. I z uporem godnym lepszej sprawy wciąż wchodzą w zakręt śmierci tylko po to, by udowodnić nam, jacy z nich twardziele. I zakrętów mamy dość. Autostrad wciąż brak.