Polska musi mieć kolonie — krzyczeli przed II wojną światową przedstawiciele i zwolennicy Ligi Morskiej i Kolonialnej. Polska musi mieć inwestycje, zagraniczne inwestycje — krzyczą dzisiaj prawie wszyscy, a najgłośniej przedstawiciele agencji o szczególnie złożonej nazwie, Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych. Przed wojną, z koloniami, na krzyku się skończyło — co oczywiste, teraz, z inwestycjami, jest nieco lepiej, chociaż im nazwa agencji dłuższa — tym inwestycji do Polski napływa mniej. Wczoraj, przy okazji podpisania w Łodzi umowy o lokalizacji inwestycji koncernu Gillette, Andrzej Szejna, najpierw wiceminister gospodarki odpowiedzialny za inwestycję Hyundaia, później wiceprezes PAIiIZ, postanowił udowodnić, że przegrana w tej rywalizacji ze Słowacją to — tak naprawdę — nasz ogromny sukces. Co najwyżej porażka prestiżowa, ale ekonomicznie to to się wcale nie opłacało: pomoc za duża, miejsc pracy za mało... Teraz agencja ma na oku prawdziwie opłacalne interesy i — co oczywiste — zamierza je zrobić. Z Gillette właśnie, Bosh-Siemens, Whirlpoll.... Kolejka jest długa.
Panie Ministrze, Wiceprezesie. To nie można było tak nam od razu powiedzieć. To po co my się tak zamartwialiśmy? Leliśmy te krokodyle łzy, kiedy to była tak przebiegła (ach jak przebiegła) intryga. Bo my, Panie Ministrze, w swojej absolutnej niewiedzy i naiwności, sądziliśmy, że nic by się nie stało, gdybyśmy zdobyli i te, i tamte inwestycje. No, ale my się przecież na tym nie znamy i jak zdezorientowany Pan Czesio z kabareciku Olgi Lipińskiej „już całkiem głupi jesteśmy”.