Premier Jarosław Kaczyński wielokrotnie w ostatnich latach krytycznie oceniał prywatyzację. Jego zdaniem było to nieprzerwane, kilkunastoletnie pasmo patologii, afer i nadużyć. Gdy doszedł do władzy, należało oczekiwać daleko idących zmian. Trzeba było wymyślić sposób na prywatyzację, która nie byłaby patologiczna.
I udało się. Ministerstwo skarbu znalazło cudowne lekarstwo. Budżet może uzyskać wpływy z prywatyzacji, nie tracąc jednocześnie kontroli nad spółką. Jak? Wystarczy państwowe firmy sprzedawać innym państwowym firmom. To rozwiązanie genialne w swej prostocie. Przy takiej strategii prywatyzacyjnej nikt, nawet LPR, nie zarzuci ministrowi wyprzedaży majątku narodowego za bezcen. Dzięki temu pomysłowi minister Wojciech Jasiński ma szanse przejść do historii jako pierwszy minister odpowiedzialny za prywatyzację, nad którym nie będzie wisiało widmo Trybunału Stanu.
Można by się naśmiewać z tych karkołomnych koncepcji, gdyby nie to, że zaczynają one przynosić efekty. I to zupełnie inne, niż przewidywali ich autorzy. Oto dziś stoczniowa Solidarność ogłosi pogotowie protestacyjne, domagając się… prywatyzacji branży. „Chcemy pozyskania kapitału i normalnej działalności” — twierdzą związkowcy. I nie jest to jedyna branża, w której związkowcy dochodzą do takich wniosków.
Żadnemu z rządów po 1989 roku nie udało się przekonać społeczeństwa do prywatyzacji. Tymczasem obecny rząd jest na najlepszej drodze do tego. Przed objęciem władzy krytyka prywatyzacji ze strony Jarosława Kaczyńskiego zdawała się doskonale wpisywać w nastroje społeczne. Za prywatyzacją opowiadały się w zasadzie tylko elity władzy i z założenia tkwiący korzeniami w III RP ekonomiści; masy (zwłaszcza związkowe) były przeciw. Wystarczył rok rządów PiS, by sytuacja uległa diametralnej zmianie i związkowcy zaczęli organizować protesty, domagając się prywatyzacji. Przeciwko niej są coraz bardziej osamotnione w swoich poglądach elity władzy.
Trudno powiedzieć, na ile trwała jest to zmiana, jeśli jednak ta tendencja by się utrwalała, to premierowi Kaczyńskiemu i ministrowi Jasińskiemu należałyby się gorące podziękowania za krzewienie idei prywatyzacyjnych. Nawet jeśli byłby to zupełny przypadek. Wszak po owocach ich poznajemy.