Przyciągamy coraz więcej egzotycznych inwestorów

Paweł Janas
opublikowano: 2003-02-19 00:00

Liczba inwestorów z egzotycznych stron świata, którzy obiecują Polsce złote góry, rośnie. Na razie kończy się na obietnicach. Analitycy głowią się natomiast, czy są to tylko pojedyncze przypadki, czy też nowa jakość, z którą będziemy musieli się pogodzić.

W ostatnich kilku latach Polska straciła kilku znanych zagranicznych inwestorów. Do najbardziej spektakularnych porażek należy zaliczyć m.in. utratę na rzecz Czech inwestycji japońskiej Toyoty czy grupy PSA (Peugeot-Citroen). Co mamy w zamian? W Polsce pojawiło się kilku zagranicznych inwestorów, których korzenie sięgają Bliskiego Wschodu lub Turcji. Nie byłoby w tym nic dziwnego czy złego, gdyby nie fakt, że wszyscy obiecują złote góry, a gdy przychodzi do konkretnych rozmów, nie są w stanie wyłożyć pieniędzy. Często domagają się gwarancji rządowych na udzielane kredyty lub liczą na wsparcie w ramach pomocy publicznej. Do najbardziej spektakularnych można zaliczyć planowane inwestycje takich firm, jak Epit, Rotch Energy czy AmAr.

W ostatnich latach obserwujemy coraz większy napływ inwestorów z Turcji, krajów Bliskiego Wschodu czy państw arabskich. Zdaniem analityków, w Polsce istnieje więcej nisz do zagospodarowania niż w wysoko rozwiniętych państwach Europy Zachodniej, USA czy Japonii.

— Nieustabilizowana sytuacja polityczna w wielu państwach położonych w tamtym obszarze powoduje ucieczkę kapitału do innych regionów świata. Polska staje się bardzo atrakcyjna, szczególnie w obliczu oczekiwanego wstąpienia do Unii Europejskiej — mówi Antoni Styrczula, prezes Państwowej Agencji Inwestycji Zagranicznych.

Nie powinien dziwić też fakt, że niekiedy wypierają oni znanych inwestorów z UE czy USA.

— Niestety, poziom rozwoju naszej infrastruktury budzi mniejszy ich zachwyt w porównaniu z innymi miejscami, w których mogliby zainwestować. Skutecznie odstraszają rosnące obciążenia fiskalne, rola związkowców i coraz wyższe koszty pracy — mówi Rober Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha.

Nie ma jednak pewności, czy inwestorzy o egzotycznych korzeniach to nowe zjawisko.

— Na początku lat 90. tego typu inwestorów było więcej. Wtedy jednak nasze standardy i wymagania były mniejsze. Rynek nie był zaś tak dojrzały jak obecnie — podkreśla Adam Pawłowicz, były prezes PAIZ.

Nasi rozmówcy podkreślają również, że region, z którego wywodzi się inwestor, nie powinien mieć większego znaczenia przy ocenie jego wiarygodności.

— Jeśli inwestor jest w stanie przedstawić dobry biznesplan i pozyskać finansowanie, to może oznaczać korzyść dla Polski. Inna sprawa, że zanim oddamy mu np. rafinerię, trzeba odpowiednimi umowami zabezpieczyć transakcję. Nie może być tak, że my im dajemy przywileje, a oni tylko obietnice — zaznacza Robert Gwiazdowski.

Problem leży jednak często właśnie w finansowaniu projektu.

— Wiele firm z Turcji czy innych krajów azjatyckich próbuje wejść na nasz rynek z brudnymi pieniędzmi. Przydałby się więc skuteczny system wykrywania podejrzanego kapitału, szczególnie w przypadku, gdy w grę wchodzą gwarancje rządowe lub pomoc publiczna — twierdzi prezes Styrczula.

AmAr ma zastąpić Daewoo

Amerykańsko-arabski fundusz AmAr deklaruje wydanie 250 mln USD (około 1 mld zł) na inwestycje w warszawskiej fabryce samochodów osobowych Daewoo-FSO. Kwota ta ma wesprzeć projekty brytyjskiego koncernu MG Rover, który planuje uruchomić produkcję aut w wydzielonej z Daewoo spółce New Small Company. AmAr chce jednak najpierw uzyskać obiecane przez polski rząd gwarancje na kwotę 80 mln USD (około 310 mln zł). Deklaruje jednocześnie, że w dwa miesiące po ich uzyskaniu uruchomi przelewy z europejskich banków. Firmę reprezentował w Polsce podczas rozmów z bankami i polskim rządem wiceprezes Sven-O. Fisher. Z jego wypowiedzi można było jednak wnioskować, że wciąż nie uzgodniono z Roverem szczegółów finansowania, a obie firmy łączy jedynie list intencyjny. Nadal nie wiadomo również, czy polskie banki, wierzyciele Daewoo-FSO, uwierzyły w wiarygodność finansową firmy AmAr, która poza udzieleniem kredytu Roverowi miałaby również objąć udziały w NSC.

Rotch już dwa lata obiecuje

Firma Rotch Energy, za interesy której odpowiada Kevin Rahimian, już od dwóch lat zabiega o Rafinerię Gdańską. W 2001 r. jej przedstawiciele deklarowali, że do 2004 r. wydadzą na rafinerię ponad 4 mld zł. Z tej kwoty około 25 proc. miał pochłonąć koszt zakupu 75 proc. akcji pomorskiej rafinerii. Od tamtej pory Rotch kilkakrotnie zmieniał partnerów, z którymi miał sfinalizować transakcję. Byli wśród nich: Kredyt Bank, Konsorcjum Gdańskie, Bartimpex Aleksandra Gudzowatego, rosyjski Łukoil i wreszcie PKN Orlen. Równolegle Rotch Energy prowadził rozmowy z wieloma instytucjami finansowymi w sprawie pozyskania środków na zakup i realizację programu inwestycyjnego. Do tej pory rozmowy te prawdopodobnie nie zostały sfinalizowane. Nieoficjalnie mówi się, że Rotch prowadzi negocjacje z BRE Bankiem i West LB. Równolegle jednak w mediach pojawiły się informacje o możliwości wyeliminowania przez resort skarbu Rotcha z gry o Gdańsk.

Vahap Toy buduje Las Vegas

Turecki biznesmen Vahap Toy, stojący na czele turecko-polskiej spółki Epit & Korporacja Rozwoju Wschód-Zachód, w sierpniu 2000 r. na łamach „PB” obiecywał, że wyda 10 mld zł na budowę drugiego Las Vegas w Białej Podlaskiej. Oprócz lotniska miały powstać aquapark, hotel, kasyno, kompleks sportowy, osiedle mieszkaniowe oraz centra: handlowe, rozrywkowe i wystawiennicze. Vahap Toy zapewniał, że prace budowlane ruszą w 2001 r., a inwestycja zostanie ukończona w czerwcu 2004 r. Mimo deklaracji przez dwa lata w sprawie projektu niewiele się działo. Sprawa inwestycji na nowo pojawiła się w drugiej połowie 2002 roku.

We wrześniu resort środowiska wyraził zgodę na odlesienie 508 ha gruntów. Nie wiadomo było jednak, co z finansowaniem inwestycji.

Z pomocą biznesmenowi pospieszyła firma Delphos International. Szczegółów finansowania nie przedstawiono jednak do dzisiaj.