Bez rozgłosu, wręcz przygaszone kryzysem — w noc sylwestrową dziesięciolecie obchodzi euro. 1 stycznia 2002 r. weszło do obiegu w dwunastu państwach, w postaci jednolitych banknotów oraz monet z narodowymi rewersami. Klasa polityczna wstydliwie kryzysowy jubileusz przemilcza, jedynie Marco Draghi, prezes Europejskiego Banku Centralnego, skierował kilka okolicznościowych zdań do milionów klientów.
Łza się w oku kręci na wspomnienie triumfu euro w sylwestra 2001/2002. „Puls Biznesu” poświęcił wspólnej walucie cały numer, pod okładkowym tytułem „Oto jestem!”. Z punktu widzenia Polski myślenie wtedy o euro było mrzonką, trwały negocjacje akcesyjne i dopiero 13 grudnia 2002 r. na szczycie w Kopenhadze rozstrzygnęło się, że w ogóle do Unii Europejskiej wchodzimy. W tamtym „PB” unijny komisarz ds. gospodarki i finansów Pedro Solbes zalecał krajom kandydującym skupienie się na uzdrawianiu własnych gospodarek, a nie na myśleniu o wdrożeniu euro. Po dziesięciu latach jego rada ma jeszcze większą wartość.
W powszechnym uniesieniu ówczesne problemy euro koncentrowały się na kosztach całej operacji, jej konsekwencjach dla biznesu, wpływie na ceny etc. Tylko bardzo dalekim echem odbijały się kwestie fundamentalne, których wieloletnie lekceważenie przez Euroland zaowocowało głębokim kryzysem. Przypomnijmy, że od 1 stycznia 1999 r. euro przyjęło w rozliczeniach bezgotówkowych 11 państw, które spełniły kryteria z Maastricht (kilka kłamało) i wyraziły wolę polityczną, a od 1 stycznia 2001 r. dołączyła do nich Grecja (wcale nie ukrywała, że warunków nie spełnia!). Mój ówczesny komentarz kończący się pytaniem: „Kiedy reputacja euro dorówna odchodzącej marce?”, wyindywidualizował się z rozentuzjazmowanego towarzystwa. Dzisiaj tamto pytanie zachowuje jubileuszową aktualność…