Nie potrzeba dowodów, wystarczy logika — tak o domniemanej zmowie mówi jeden z inspiratorów kontroli.
„PB”: Na jakiej podstawie podejrzewa pan przemysł nawozowy o zmowę?
Wojciech Mojzesowicz: Producenci mają dystrybutorów, od których się uzależnili i boją się od nich odwrócić. Rozmawia się tylko z 5-6 firmami, chociaż nie wykluczam, że ostatnio ze względu na gęstniejącą atmosferę zaczęły pączkować.
Czy ma pan dowody na korupcje?
Nie potrzeba dowodów — wystarczy logika. Są umowy handlowe, ale obejmuje je tajemnica handlowa. Obserwuję, jak szybko wyrastają koncerny handlowe.
Firmy nawozowe twierdzą, że korzystając z dystrybutorów, nie muszą się martwić o rozliczenia z rolnikami.
Łatwiej nie znaczy dobrze. Czy zarządy nie chcą, by producenci zarabiali więcej? Bogacą się dystrybutorzy, bo nie ma jasnych i równych dla wszystkich zasad handlu na tym rynku. To uniemożliwia bezpośredni dostęp do niego grupom producenckim i rolnikom.
Zajmował się pan handlem nawozami?
Proszę odróżnić handel nawozami od działalności, jaką zajmowałem się jako członek grupy producenckiej. Co miesiąc rozprowadzaliśmy niewielkie partie nawozów wśród 60 rolników. Mieliśmy o wiele gorsze warunki, bo musieliśmy robić przedpłaty, żeby kupić nawóz. Grupa producencka nadal działa i jestem jej członkiem.
To nie był handel?
Podkreślam — nigdy nie handlowałem nawozami.
Czy to prawda, że inspirował pan kontrolę UOKiK w zakładach?
Wszyscy od lat wiedzą o tej sytuacji, ale nikt nic nie robi. Przez cztery lata słałem pisma do UOKiK, ministerstw: gospodarki i skarbu. Nie spotkałem się ze wsparciem. Informowałem też Pawła Szałamachę, wiceministra skarbu. Powiedział, że przeanalizuje sprawę.