Punkt siedzenia

Rafał Fabisiak
25-03-2011, 00:00

Muzyka wymaga nie tylko talentu, ale i poświęceń. Zwłaszcza poważna.

Filharmonię Narodową otwarto w 1901 r. Jej inauguracja była równie dużym wydarzeniem, jak rozpoczęcie w tym samym roku działalności hotelu Bristol na Krakowskim Przedmieściu.

"Oba gmachy, chociaż każdy z innego powodu, budziły emocje mieszkańców stolicy. Zdobycie biletów na koncert inaugurujący działalność Filharmonii było marzeniem. Wiele poważnych osobistości na tydzień przed datą koncertu nie miało jeszcze zaproszenia, a co dopiero mówić o zwykłych melomanach. Nic dziwnego, że w prasie krążyły tego rodzaju wierszyki:

Filharmonia – nie maruda,

Ogłosiła już swe cuda:

Śród koncertów (to nie figa!)

Będzie miała nawet Griega!

Filharmonio! Pełna mocy!

Czcić cię będziem w dzień i w nocy!

Wielbić będziem cię na wylet

Ale daj nam także bilet"

Tak opisywała początki działalności Filharmonii Narodowej Danuta Jackiewicz w artykule opublikowanym w książce wydanej z okazji stulecia placówki.

Przez lata zainteresowanie Filharmonią się zmieniało. Ale problem biletowy pozostał. Pracownicy podkreślają, że bardzo często sala koncertowa jest pełna. Wiele osób wykupuje w Filharmonii abonamenty. Często także znane osobistości proszą o zaproszenie. Bywa jednak, że na koncert nie przychodzą. Problem w tym, że na miejsca abonamentowe lub te na zaproszenie nie można sprzedawać biletów, nawet jeśli te miejsca są puste.

Dłuższa droga

Dla gości droga do filharmonii jest prosta. Dla muzyków wręcz przeciwnie, bo zaczyna się wcześnie, z reguły w wieku 5-7 lat. W szkołach muzycznych przechodzą kolejne etapy edukacji. Takie przedmioty jak język polski czy matematyka są tylko dodatkiem. Potem studia i…

— Żeby się tym zajmować, trzeba to kochać. Inaczej nie da się przetrwać 17 lat edukacji, żmudnych ćwiczeń przez całą karierę i zarobków, które nie należą do najwyższych — tłumaczy Ewa Marczyk, koncertmistrz orkiestry Filharmonii Narodowej.

— Nigdy nie myślała pani o rezygnacji? — pytam.

— Myślałam, ale muzyka wygrała — uśmiecha się.

Obaj jej synowie kształcili się na muzyków. Ostatecznie w zawodzie został jeden.

Zawodowych muzyków jest, wbrew pozorom, wielu. Henryk Wojnarowski, kierownik chóru, podkreśla, że mają dużo więcej chętnych niż etatów. Ci, którzy etat dostaną, muszą się liczyć z pracą wymagającą poświęceń.

— Po latach grania cierpimy na różne schorzenia. Nikt się nie skarży, bo tak po prostu jest. Długie siedzenie w jednej pozycji dzień w dzień nie może się inaczej skończyć. Problemy z kręgosłupem, szyją, stawami. Młodsi koledzy chodzą na siłownię, żeby wzmocnić mięśnie — opowiada Ewa Marczyk.

W foyer Filharmonii stoi gablota. W niej projekt Domu Seniora Muzyka — budynek w kształcie kwadratu z patio pośrodku, czerwoną dachówką i ogrodem dookoła. Dom powstaje z inicjatywy Zofii Wit, żony dyrektora naczelnego i artystycznego Filharmonii.

Ewa Marczyk opowiada, że mało kto zdaje sobie sprawę, jak wielu muzyków żyje samotnie. Nie mają dzieci ani partnerów. Ciężko znaleźć kogoś, komu nie przeszkadza ciągłe granie i brak czasu dla rodziny. Na starość pozostają sami, często bez żadnej opieki.

Osiem grup

Gabinet prof. Henryka Wojnarowskiego znajduje się obok sali, w której odbywają się próby chóru. Pokój wypełniają plakaty upamiętniające występy orkiestry i chóru w różnych częściach świata. Nad drzwiami dwa pejzaże, a pośrodku ogromny plakat z wizerunkiem Krzysztofa Pendereckiego. O nim prof. Wojnarowski wypowiada się w samych superlatywach. Uważa, że to jeden z najlepszych i najbardziej rozpoznawanych kompozytorów na świecie. Obok biurka wisi sześć nominacji do nagrody Grammy.

Członkowie chóru ćwiczą cztery godziny dziennie, czasem więcej. Dodatkowe próby są organizowane na przykład przy okazji występów i nagrań. Głos to bardzo delikatny instrument, dlatego muszą go oszczędzać. Resztę dnia poświęcają na zapoznanie się z utworem, językiem, w którym jest wykonywany. Henryk Wojnarowski podkreśla, że to nie zajęcie dla starszych osób. W pewnym wieku nie można już śpiewać profesjonalnie. Głos z reguły nie wytrzymuje próby czasu.

— Dlatego w chórze śpiewają raczej ludzie młodzi i w średnim wieku — dodaje.

Chór składa się z ośmiu grup — po dwie grupy sopranów, altów, tenorów i basów. Przygotowanie jednego utworu może trwać nawet dwa miesiące. Wszystko zależy od jego trudności.

Na estradzie

W hallu Filharmonii przy wejściu od strony dyrekcji do godziny 14 trwa ciągły ruch. Pracownicy przechodzą z instrumentami, przystają, chwilę pogadają. Siedząca na krześle sprzątaczka wpatruje się w dywan przy schodach.

— No zobacz, jak już brudno, a przed chwilą odkurzałam — żali się jednemu z pracowników.

— Orkiestrę zapraszam na estradę — informuje głośnik.

Muzycy powoli zmierzają do sali koncertowej. Rozpakowują instrumenty, siadają na swoich miejscach. Po lewej pierwsze skrzypce, nad nimi drugie, pośrodku altówki, po prawej wiolonczele i kontrabasy. Z tyłu instrumenty dęte, nad nimi kotły i perkusja. Nad całością górują organy. Pośrodku stoi dyrygent i akurat dzisiaj także fortepian. Podobno najgorzej mają ci, którzy siedzą wyżej, bo tam jest najgłośniej.

Dyryguje Antoni Wit, dyrektor naczelny i artystyczny Filharmonii Narodowej. Krótka rozmowa, dyrygent podnosi pałeczkę i po chwili rozbrzmiewa muzyka. Co jakiś czas ustaje. Dyrygent przerywa, przekazując swoje uwagi co do interpretacji utworu. I tak przez wiele godzin. Aż do perfekcji.

Antoni Wit pracuje na trzech etatach. Jest dyrektorem naczelnym i artystycznym Filharmonii, dyrygentem i wykładowcą.

— Nie będą oszukiwał, że urodziłem się z pałeczką w ręku, chociaż wcześniej uczyłem się w szkole muzycznej. Po maturze zdecydowałem się jednak na studia prawnicze, potem dodatkowo zdałem na wydział dyrygentury Akademii Muzycznej. Byłem wtedy przekonany, że zostanę prawnikiem, ale dyrygentura zaczęła mi iść coraz lepiej. I wyszło na to, że prawo skończyłem tylko dlatego, że szkoda mi było go nie kończyć — opowiada Antoni Wit.

Swój pierwszy koncert pamięta jak dziś. Nie było nerwów. Opowiada, że tremę ma głównie na próbie z nową orkiestrą, której nie zna. Jak mówi, na właściwym koncercie nie ma miejsca na tremę, to przeszkadza być dobrym muzykiem.

Orkiestra przygotowuje często kilka utworów równocześnie. Wie, co i kiedy będzie grała. Koncerty planuje się z góry na cały sezon.

Próba kończy się o 14. Muzycy powoli schodzą ze sceny. Zostaje kilku wraz z pianistą i dyrygentem, by zamienić parę słów o przygotowywanym utworze. Grają jeszcze przez chwilę i także wychodzą. Zaraz potem na estradę wchodzi orkiestra młodzieżowa, która wyjątkowo ma dzisiaj próbę w Filharmonii. Wieczorem zagra tu koncert. Wielką zapadnią zjeżdża niepotrzebny im fortepian. Wjeżdżają za to inne instrumenty. Próby w Filharmonii odbywają się od 9 do 13. Ale dzień pracy często wydłuża się nawet do godziny 23, chociażby w dni koncertów. A w Filharmonii pracuje się praktycznie cały czas. W soboty, nieraz w niedziele czy święta, kiedy orkiestra daje koncerty. W wakacje wszyscy mają czas na odpoczynek, przerwę od pracy.

Antoni Wit zagrał już ponad dwa tysiące koncertów. Niedługo będzie obchodził 40 rocznicę pracy. O emeryturze jednak nie myśli.

— W tym zawodzie są znacznie gorsze rzeczy niż emerytura. Znam wielu muzyków, którzy długo nie dostawali żadnych zleceń. W pewnym momencie musieli poszukać innej pracy. Dla muzyka to jest najtrudniejsze — rozstać się z tym co kocha — sumuje dyrygent.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rafał Fabisiak

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Punkt siedzenia