Uwzględniając dysproporcję sił, naprawdę zasadne były nadzieje Władimira Putina na blitzkrieg i zajęcie w kilka dni Kijowa, co umożliwiłoby obsadzenie wasalnej wobec Kremla dyktatury na obraz Aleksandra Łukaszenki. Plan zakładał, że stanie się to zanim szeroko rozumiany Zachód zdoła wykonać jakikolwiek ruch. Dzięki bohaterskiemu oporowi Ukrainy stało się jednak inaczej, sytuacja na froncie przypomina raczej stagnację z pierwszej wojny światowej, niż błyskawiczne ofensywy znane z drugiej. Niestety, tragicznym nawiązaniem do tej ostatniej są zbrodnie dokonywane na ludności cywilnej.
Ze wszystkich stron oraz z najróżniejszych powodów stawiane jest jednobrzmiące pytanie – jak długo ta wojna może jeszcze potrwać. Odpowiedź ma oczywiście biegunowo inne znaczenie dla krwawiącej Ukrainy oraz np. dla zniecierpliwionego wielkiego biznesu, który chciałby jak najszybciej powrócić do normalności i znowu kręcić lody na ogromnym rynku rosyjskim. Gdzieś pomiędzy sytuuje się decyzyjna klasa polityczna wolnego świata, miotająca się między autentycznym potępieniem obecnych zbrodni wojennych Rosji a kunktatorskim niepaleniem mostów do przyszłych relacji z Kremlem.
Na pierwszy plan militarny wysuwa się obecnie wcale nie Donbas, lecz przede wszystkim wybrzeże morskie. Ewentualny upadek bohaterskiego Mariupolu otworzyłby armii rosyjskiej drogę do połączenia lądowego wzdłuż brzegu z Krymem, co równałoby się z przekształceniem Morza Azowskiego w wewnętrzny akwen Rosji. Po osiągnięciu takiego celu Putin nie cofnąłby się nigdy, podobnie jak z zagarniętego w 2014 r. Krymu. Skrócenie o połowę dostępu Ukrainy do morza sparaliżowałoby gospodarczo całą uprzemysłowioną jej część wschodnią, niezależnie od losów wojny o zagłębie Donbasu.
Wobec wciąż utrzymującej się dysproporcji sił militarnych nadzieje Ukrainy na prawdziwie skuteczną kontrofensywę to jednak mrzonki. Zdecydowanie bardziej realne jest coraz większe grzęźnięcie rosyjskiego agresora, który gorączkowo szuka planu B po niepowodzeniu wojny błyskawicznej. Na horyzoncie pojawiła się już konkretna data, bardzo ważna przynajmniej dla cara Kremla. 9 maja przypada 77. rocznica zwycięstwa Związku Radzieckiego w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej 1941-45. Zwracam uwagę na ten termin, ponieważ w Rosji kategoria drugiej wojny światowej 1939-45 generalnie chowana jest pod dywan, ze względu na bardzo ciemną kartę radziecką w pierwszych dwóch latach. Natomiast Dień Pobiedy jest niebotycznie wręcz wzniosły i ważny, przebija sumę naszych obchodów 11 listopada z amerykańskim 4 lipca, francuskim 14 lipca etc. 9 maja w Rosji to nawet nie religia, to jakiś wszechogarniający społeczny narkotyk. Właśnie dlatego skuteczne stworzenie wizerunku wojny z Ukrainą jako zwalczania tzw. faszystów i uwalniania od nich ludzkości powoduje w Rosji tak gigantyczne poparcie społeczne dla zbrodni wojennych. Władimir Putin do 9 maja po prostu musi osiągnąć zwycięstwo, propagandowo porównywalne z tamtym sprzed 77 lat. Wszystko jedno, czy będzie ono choćby odcinkowo rzeczywiste, czy stanie się jedynie kolejnym propagandowym balonem. Trudno jeszcze powiedzieć, co postanowił pod ciśnieniem zbliżającego się terminu zrobić, ale coś musi.
