Radość nad rozlanym mlekiem

Karol JedlińskiKarol Jedliński
opublikowano: 2013-10-31 00:00

Nie trzeba znać nut, by grać bez fałszu — uważa Andrzej Grabowski, współwłaściciel Polmleku. Od lat udowadnia, że jeśli gdzieś iść po miliardy, to tylko jak najdalej od wielkiego miasta.

Jest 24 czerwca 1919 r., Sejm obraduje pełną parą. Przemawia Józef Biliński ze Związku Ludowo-Narodowego, rolnik i poseł zarazem. Spod wąsa padają poważne słowa. Chodzi o sprawę rolną. — Gospodarstwo rolne musi być taką fabryką, która nigdy stanąć nie może, bo gdyby stanęła, byłoby to nieszczęściem dla państwa. (…) Wysoki Sejmie! Ustrój rolny Rzeczypospolitej powinien być oparty na zdrowem, silnem gospodarstwie, oparty na prywatnej własności, żeby gospodarz mógł tyle wyprodukować, aby mu starczało dla siebie i jeszcze zbywało dla miast — peroruje poseł Biliński.

Andrzej Grabowski, współwłaściciel Polmleku
Andrzej Grabowski, współwłaściciel Polmleku
Marek Wiśniewski

70 lat później Andrzej Grabowski stawia pierwsze kroki w biznesie. Opuszcza rodzinne 20 hektarów pod Pułtuskiem, budzi się w nim smykałka przedsiębiorcy. Ale nie takiego w białym kołnierzyku, brylującego w kiełkującej warszawce, zapominającego o „zdrowem, silnem gospodarstwie”. Zew krwi pcha Andrzeja Grabowskiego do spełniania politycznej wizji jego dziadka Józefa Bilińskiego.

Marszałek prywaciarza

Przyszły współwłaściciel Polmleku w początkach kapitalizmu nie zamienia adidasów na buty z krokodylej skóry — nie było takiej potrzeby. Robić biznesy jeździ przecież na rynek. Na jaki? Rzecz jasna na najdłuższy w Europie — pułtuski.

To tam od końca lat 80. kwitł internacjonalistyczny handelek i tam rodziła się potęga Polmleku, którego przychody w tym roku przekroczą 2,5 mld zł, a zysk oscylował będzie wokół 50 mln zł. Jeden z trzech liderów mleczarstwa w Polsce zadziwia strukturą własnościową. Niemal całą branżę zdominowały spółdzielnie, a tu nagle prywatna pułtuska spółka co roku bardziej puchnie z dumy, zapewniając rynek zbytu tysiącom rolników. Polmlek zatrudnia ponad 800 osób i wciąż ma apetyt na więcej. Po przeszło 90 latach od posłowania Józefa Bilińskiego Andrzej Grabowski ma swój wkład w realizację idei polskiej wsi, kreślonej przez przedwojennego polityka.

— Zresztą to przez tatę mojej mamy postawiłem w Pułtusku pomnik Józefa Piłsudskiego dosiadającego Kasztanki. Bo choć dziadek był z frakcji stojącej często w kontrze do Marszałka, to w późniejszych latach podkreślał jego zasługi. Poglądy polityczne? Mam raczej prawicowe, ale żaden polityk ze mnie, zero. Nie angażuję się w politykę, zgodnie z zasadą róbmy to, co potrafimy — opowiada Andrzej Grabowski.

Granie na masę

Najlepiej Grabowskiemu wychodzi właśnie handel, rozwijanie go, budowanie masy krytycznej, po osiągnięciu której naoliwiony walec toczy się dalej. Twierdzi, że ma jeszcze co najmniej jedną smykałkę: do muzyki, szczególnie saksofonu. — Nut nie znam, ale wszystko, co słyszę, na instrument przełożę — mówi.

Nie tak dawno zagrał nawet na dużej imprezie i ludzie, o dziwo, bili brawo. — Kochanie, słyszałaś, podobało im się — mówił po minikoncercie do żony. — Trzecia nad ranem była, wszyscy byli pijani — usłyszał w odpowiedzi. Za to na biznesowej pięciolinii bezspornie grywa z dużą swobodą i trzeźwością umysłu. Od kilku lat Polmlek nadaje rynkowi rytm, aktywnie uczestnicząc w jego konsolidacji, by skuteczniej walczyć o dostęp do białego surowca.

— Tu jest jak w muzyce, gdzie jest tylko kilka nut, ale co rusz ktoś tworzy nową melodię. Układamy biznes mleczarski po swojemu, mając podobne instrumenty co konkurencja. Dzięki temu, że nie jesteśmy spółdzielnią, nie jesteśmy zależni od głosów tysięcy spółdzielców, dostawców mleka. Możemy szybko podejmować decyzje — mówi współwłaściciel Polmleku, patrząc z dumą na firmowy śmigłowiec, będący nie tylko kaprysem, przywilejem bogacza, lecz narzędziem strategicznym.

Fantazyjnie pomalowany helikopter niektórych razi. Nawet lider branży, Mlekpol, nie ma takich fanaberii w inwentarzu. Spółdzielcy zamiast na latające cacka wolą przecież zarobione pieniądze wydawać na wyższe stawki za mleko.

— Ja helikopterem? Jestem tu aż i tylko prezesem, muszę liczyć się z opinią moich spółdzielców — mówi Edmund Borawski, prezes Mlekpolu i poseł PSL, jeżdżący 12-letnią toyotą. Śmigłowiec i pomnik Piłsudskiego dobrze oddają styl Andrzeja Grabowskiego: szybko podejmuje decyzje, nie dzieli włosa na czworo. Z potrzeby serca lub dla biznesu? No to kupujemy, działamy, stawiamy. A co ludzie powiedzą? — Powiedzą swoje. Jeszcze kilkanaście lat temu ci, którzy prowadzili interesy na większą skalę, byli wrogami ludu. Dziś takich ludzi traktuje się inaczej — mówi 55-letni Andrzej Grabowski.

Chodźmy w gnój

Już na pierwszy rzut oka widać, że Andrzej Grabowski to biznesowy oryginał, samorodek jakich mało. Unika drogich ubrań, wykwintnych stylizacji, słownych wytrychów. Woli wygodne buty, T-shirt, rzeczowniki, a nie przymiotniki. Niezwykle łatwo nawiązuje relacje z rozmówcą. Jeden z szefów mniejszej spółdzielni przyznaje: — No wysiada ci facet z maszyny z nieba, to myślisz sobie: o figura, ważniak. Tymczasem siadamy do rozmowy i po 5 minutach jesteśmy jak starzy kumple.

— Nie znam człowieka, który mógłby się z nim pokłócić — dodaje Adam Kanigowski, który z Grabowskim robi interesy od lat 90. Branża mleczarska rządzi się swoimi prawami. Tu sterylni, wychuchani biznesmeni z żurnala trafiają się rzadko. Takie okazy to zazwyczaj dobrze wyedukowani menedżerowie z filii zachodnich koncernów mleczarskich.

Reszta rynku to praktycy, synowie i córki polskich chłopów. Jeśli wykształceni, to raczej w Białymstoku, a nie w Barcelonie. Jak trzeba założyć gumiaki i pójść za chłopem w gnój — pójdą. Z gospodarzem się dogadają w trymiga, bo nawet nie muszą zmieniać akcentu. Nie wstydzą się pochodzenia, a jednocześnie dobrze rozumieją zasady kapitalizmu, wielkiej gry wokół rolnictwa. Na myśl o wyjeździe do Warszawy czy Brukseli nie kręci im się w głowie — ot, kolejne miejsce, kolejne wyzwanie. Coś się nie udało? Trudno, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, trzeba próbować raz jeszcze.

— Jakieś 17 lat temu jechaliśmy biznesową drużyną przez Mazury. Zima, zamieć, Andrzej prowadzi swoją „lochę” — tak nazywaliśmy jego mercedesa. Nagle staje w środku lasu. Zauważył, że jakiś dziadek nie może maluchem wyjechać z zaspy. Krótka komenda: „Wyciągamy go!” i po pół godzinie walki wszyscy odjechali szczęśliwi. Ot, cały Andrzej — opowiada Adam Kanigowski. — Po prostu: sympatyczny facet — dopowiada Dariusz Sapiński, prezes Mlekovity.

Śledzik dla Arli

Udane mentalne połączenie dwóch różnych światów daje mleczarzom z krwi i kości unikalną przewagę w branży, w której sukces utkany jest tysiącami dobrych relacji z dostawcami ze wsi. W takim klimacie nie za bardzo odnajdują się menedżerowie z korporacją we krwi, oczekujący ułożonych, matematycznych rynkowych reguł, a nie chłopskiego kogla-mogla. Tu negocjuje się przy śledziku, a nie przy sushi. — Dojdziemy kiedyś do poziomu korporacji, to jest droga, jaką obraliśmy.

Jeszcze kilka lat temu, gdyby pan zapytał, czy planujemy roczne budżety, śmiałbym się do rozpuku. Teraz planujemy wydatki sumiennie, co roku. Choć na oddanie sterów firmy menedżerowi z wysokiej półki jest jeszcze za wcześnie. Zrobiliśmy taki eksperyment jakiś czas temu i okazało się, że jeszcze jesteśmy na to zbyt niedojrzali jako organizacja — przyznaje Andrzej Grabowski.

I mimochodem przypomina, jak to przez dłuższy czas chodziły plotki o tym, że podchody pod przejęcie Polmleku robi skandynawska Arla Foods. Ucichły one w chwili, w której to Polmlek przejął zakład Arli w Polsce. — Kupić nas chciało wielu. Nie chcemy się sprzedawać, to jest rodzinny długodystansowy biznes — zastrzega Andrzej Grabowski.

A trzeba wiedzieć, że polski chłop jest konsekwentny i lojalny: nawet jak przez pół roku nie dostaje zapłaty, to i tak wciąż oddaje towar do mleczarni — tłumaczy Andrzej Grabowski. Z hossy korzysta też Polmlek, rosnąc w 2013 r. o kilkanaście procent. Jednak sytuacja, w której firma pedałuje w peletonie, kojarzy się Grabowskiemu z kwaśnym mlekiem — jemu bardziej smakuje śmietana. Obecne wzrosty, nadmiar dobrych owoców rwanych na wyścigi, zwiastują przyszłą korektę.

— Nie chcemy biec w stawce, rozwój organiczny to nie jest to, co nas podnieca. Skoro nie ma okazji do akwizycji, to jak wiewiórki zbieramy orzeszki, okopujemy się w Polsce. Budowa zakładu od zera i zdobywanie dostawców? Mrzonka. To pomysł na rok 2015, gdy przestaną obowiązywać kwoty mleczne — kwituje przedsiębiorca.

Łuskanie przyjaciół

W ostatnich latach o Andrzeju Grabowskim mogliśmy usłyszeć głównie za sprawą jego nietypowych hobbies — uczestnictwa w rekonstrukcjach dawnych bitew i kupowania krzyżackich zamków. Głównym konikiem, takim na co dzień, pozostaje jednak ogarnianie interesów rozrzuconych w 17 miastach i mieścinach Rzeczypospolitej. To m.in. osiem zakładów mleczarskich, dających firmie 80 proc. przychodów. Pańskie oko konia tuczy, więc helikopter Polmleku pozostaje rekordzistą Polski w statystyce czasu spędzanego w powietrzu — ponad 600 godzin rocznie.

I zapowiada się, że ten rekord będzie dzierżył jeszcze długie lata, bo nasz rynek mleczarski wciąż jest na etapie przejściowym. Już nie w PRL, oczyszczony z totalnych maruderów, ale wciąż poszatkowany na dziesiątki małych spółdzielni. W tej powolnej transformacji Andrzej Grabowski ma plan podobny jak konkurencja: wyłuskać pomniejsze zakłady, duszące się z braku płynności i łączyć je w silną grupę.

Wobec unijnych kwot mlecznych przechwytywanie upadających spółdzielni lub prywatnych firm z kłopotami wraz z siecią dostawców jest najlepszym sposobem na zwiększanie produkcji przy stabilnych kosztach. Przez ostatnią dekadę Polmlek dokonał kilku takich transakcji, kupił m.in. zakłady w Gdańsku, Lidzbarku Warmińskim (największe w grupie, zatrudniające 600 osób), a ostatnio w Gościnie w Zachodniopomorskiem (właśnie od Arla Foods). — Negocjujemy z kilkoma spółdzielniami, jesteśmy gotowi i finansowo, i organizacyjnie na przejęcia. Sytuacja w mleczarstwie jednak się poprawiła, mamy małą hossę i spółdzielcy nie kwapią się do zdecydowanych ruchów.

Białko na marży

Sobotnie jesienne południe w Gniewie — z okien restauracji widać, jak hotelowi goście dochodzą do siebie po nocnych balangach, a monumentalne krzyżackie zamczysko wyłania się spod zwałów mgły.

— No to co, pijemy? Gorzałkę stawiać? Dobra, bierzemy piwko — zagaja Andrzej Grabowski i dwie minuty później stukamy się szklankami w intencji pokrzyżackiego dobra narodowego. Od czego zaczynał na pułtuskim rynku? Od piwa właśnie. — Zaczynałem jak w tym żarcie: Jak się ożeniłeś? To zbieg okoliczności — śmieje się Andrzej Grabowski. Zaczepił handlarzy, jeden z nich był szefem browaru w anonimowym litewskim mieście. No to rach-ciach, szybki strzał — zaczął piwo z Uciany importować. Najpierw małe partie, a że szło jak woda, po kilku miesiącach zrobiło się kilka tirów tygodniowo.

— Utenos był świetnym piwem, choć wówczas niepasteryzowanym. Były problemy z kwaśnieniem towaru, ale wychodziłem na duży plus. W ogóle okolice roku 1989 były czasem kombinowania, przecież oficjalnie kapitaliści pozostawali na cenzurowanym — opowiada biznesmen. Wyjazdy na Litwę otworzyły mu oczy na Wschód. Gdy inni zachwycali się smakiem niemieckiej Schokolade, on szlifował rosyjski akcent i zapuszczał się aż po Kazachstan. Z bursztynowego płynu przeszedł na biały, a dokładnie na jego sproszkowaną część, czyli kazeinę, białko mleka. Wysyłał ją na Zachód z sowitą marżą.

— Aż doszedłem do wniosku, że sam mógłbym kazeinę wytwarzać. Namierzyłem zakład w Gąsewie gotowy do przetwórstwa białka, dokupiłem maszyny z Francji. Po 2-3 latach rynek produkcji i eksportu kazeiny padł, ale już biegliśmy dalej, przejmując kolejne zakłady, inwestując w klasyczne mleczarstwo. No, wódkę też chcieliśmy pędzić, ale daliśmy sobie spokój z Polmosami, gdy stwierdziłem, że osiągnięcie skali na tym rynku byłoby bardzo długotrwałe i kosztowne — zaznacza Andrzej Grabowski.

Duet z Krzyżakiem

Liczba mnoga w biznesowym story nie pojawia się przypadkowo, bo od lat 90. Grabowski nie działał sam. Za wspólnika już wtedy miał Jerzego Boruckiego, syna rolnika z pobliskiej miejscowości. Początkowo Borucki był współpracownikiem u Grabowskiego, jednak szybko dał się poznać jako człowiek, który może zanieść na własnych plecach różnorakie interesy na kolejne szczyty. Dziś odpowiada w Polmleku za bieżączkę i finanse, Andrzej Grabowski koncentruje się na przejęciach i strategii.

— Jurek to wyjątkowy człowiek, bardzo utalentowany. Bez niego Polmlek nie rozwinąłby skrzydeł. Miałem tego świadomość, więc bez oporów zaproponowałem mu spółkę. Podobnie zrobiłem w innych moich biznesach, gdzie dobrałem sobie partnerów. Lepiej osiągnąć więcej we dwóch niż mniej w pojedynkę, nie? — wnioskuje przedsiębiorca. Do dziś jedyni właściciele Polmleku to rodziny Grabowskich i Boruckich.

— Z Andrzejem udaje się nam pielęgnować przyjaźń, choć wiadomo, że często wspólnicy mają z tym problem. Nasze dobre relacje nakręcają nas biznesowo — podkreśla Jerzy Borucki, który w rekonstrukcji bitwy pod Grunwaldem wciela się w rolę Krzyżaka i pokornie, co roku, dostaje łupnia od przeciwników, wśród których w piechocie ma swoje miejsce Andrzej Grabowski.

Gangster G.

W tej prawdziwej biznesowej walce, w wyścigu w peletonie dzikiego kapitalizmu lat 80., Grabowski miał niekoniecznie mlecznobiałe etapy. Google, w odpowiedzi na zapytanie o nazwisko pułtuskiego przedsiębiorcy, wyrzuca nie tylko listę wywiadów z aktorem Andrzejem Grabowskim. Pojawia się także tekst „Mleczne interesy Andrzeja G.”. A dalej jest jeszcze mocniej — anonimowy autor szeroko opisuje perypetie firm, z którymi w latach 90. wiązał się przyszły współwłaściciel Polmleku. Wniosek: Grabowski to gangster w owczej skórze, oskarżony o finansowe machinacje, związane z wyłudzaniem kredytów w ostrołęckim oddziale BGŻ.

A do tego podstępny lis, przejmujący dobrze prosperujące firmy i niszczący ich dorobek. Grubo. — No grubo, tyle, że nic tam prawdy nie ma. Nie udaje się dopaść autora tekstu, ktoś miał interes w tym, żeby mi zaszkodzić. I tyle — uważa Andrzej Grabowski. Rzecznik Sądu Okręgowego w Ostrołęce informuje: sprawa G. była, ale wszystkich oskarżonych uniewinniono. Andrzej Grabowski tłumaczy, że, owszem, miał kłopoty ze spłatą kredytów, wynikało to z decyzji lokalnej skarbówki kwestionującej rozliczenia podatkowe w jednej z jego spółek. Fiskus nałożył domiar. Taki, że kilka miesięcy później nie było czego zbierać.

— Wygrałem proces, szkoda, że dopiero po kilkunastu latach — kwituje biznesmen. A sprawa Dariusza Myrchy, znanego jako Pan Flips, król chrupek? W tekście o Andrzeju G. opisywana jest misterna intryga, tkana pod przejęcie intratnego chrupiącego interesu. Z żalem wypowiada się tam sam Myrcha. Dziś Pan Flips odcina się od tekstu. — Artykuł nie jest mojego autorstwa. W życiu każdy z nas musiał swoją lekcję odrobić. Można powiedzieć, że wchodząc mi w drogę, Andrzej skierował mnie na inne tory, po których właśnie jadę, konstruując dużo większy projekt biznesowy. Zatem zmieniłem zdanie, dziś Andrzej to mój przyjaciel przez duże „P” — mówi Dariusz Myrcha.

Stop naparzaniu

Tak między Bogiem a prawdą, te całe Flipsy czy fabryka okien albo gospodarstwo rolne na 2 tysiące hektarów to wciąż betki w talii. Zamki — o, to już jest coś.

— Mamy ze wspólnikiem historyczne zacięcie, w rekonstrukcji Grunwaldu porządnie niegdyś oberwałem. Ale nie to jest powodem, żeby inwestować nawet ponad 100 mln zł w odbudowę hektarowego 700-letniego zamku. Już za kilka lat Gniew będzie perełką biznesową. Mamy realne szanse na granty norweskie liczone co najmniej w dziesiątkach milionów złotych. Wtedy projekt, który już zarabia na hotelach wokół zamku, będzie widoczny nie tylko w lokalnej skali — ocenia Andrzej Grabowski.

I zaraz z zacięciem opowiada o tym, co w warowni rozbuduje, dopieści i że w Giżycku na zamku to już jest fest. No i że zwolnił nieco, bo wnuka cudownego ma i dom właśnie pobudował, ultranowoczesny, naszpikowany elektroniką, pokaźny, w pięknym miejscu nad Narwią. Że kiedyś miał dwa telefony i „naparzały non stop”.

— Teraz mam jeden i nie dzwoni prawie — cieszy się. A dziadek Biliński dumny byłby z wnuka. Swego czasu poseł mówił: „Jeśli gospodarstwa miały parę morgów, to chłop nie mógł kupić sprzężaju, a chociaż kupił jednego konia, to mu ten koń połowę zjadł i tak chłop biedował na tej ziemi”. — Że dziś rolnik dyszy? O nie, drogi panie, farmy mleczne hulają aż miło. Rolnikowi powodzi się znakomicie — konkluduje Andrzej Grabowski. &