Ratuj się, kto może

opublikowano: 03-04-2016, 22:00

W pracy jak w małżeństwie — zainteresowany zwykle dowiaduje się o zdradzie ostatni. Jak reagować na sygnały mówiące, że firma chce się nas pozbyć?

Gdy pierwszy samolot wbił się w północny wieżowiec World Trade Center (WTC), Marissa Panigrosso znajdowała się na 98. piętrze wieżowca południowego, zajęta rozmową z dwiema współpracowniczkami. W równym stopniu usłyszała, co poczuła eksplozję. Podmuch gorącego powietrza uderzył ją w twarz, jakby wyszła z klimatyzowanego auta na środku Sahary. Kobieta nawet nie pomyślała o tym, żeby wyłączyć swój komputer lub zabrać torebkę. Ruszyła do najbliższego wyjścia awaryjnego i wybiegła z budynku. Choć włączył się alarm przeciwpożarowy, koleżanki naszej bohaterki nawet się nie ruszyły. Natomiast jej najbliższa przyjaciółka, Tamitha Freeman, wprawdzie zeszła parę kondygnacji, lecz zawróciła, by zabrać zdjęcia swojego dziecka. Część kolegów poszła na spotkanie służbowe. Żadna z tych osób nie przeżyła. W wielu innych biurach WTC było podobnie. Najmniejszych oznak paniki.

Trudno dobrowolnie opuścić strefę komfortu — uważa Adam Muszak.
Zobacz więcej

Nie czekaj na trzęsienie ziemi

Trudno dobrowolnie opuścić strefę komfortu — uważa Adam Muszak. ARC

„Wydawało mi się to wtedy bardzo dziwne. Spytałam koleżanki, dlaczego tak wszyscy spokojnie stoją dokoła” — wspomina Marissa Panigrosso.

„To, co Marissie wydawało się dziwne, jest tak naprawdę regułą” — twierdzi psycholog Stephen Grosz, autor książki „Życie wysłuchane”, z której pochodzi ta historia.

„Badania wykazały, że gdy rozbrzmiewa alarm przeciwpożarowy, ludzie raczej nie reagują natychmiast. Zaczynają ze sobą rozmawiać, próbując pojąć, co tak naprawdę się dzieje. Zwlekają”. Czekanie, zaprzeczanie faktom, wmawianie sobie i innym, że za chwilę wszystko wróci do normy — to typowe zachowania w obliczu katastrof, klęsk żywiołowych, ataków terrorystycznych. Ale nie tylko wtedy. Mechanizm samookłamywania włącza się również w sytuacjach kryzysowych, które nie wiążą się z ryzykiem utraty życia. Doskonale widać to na przykładzie pracownika, który ma powody przypuszczać, że firma wkrótce powie mu „żegnaj”, lecz ignoruje swoje obserwacje, przeczucia i obawy.

Usztywnienie relacji

To prawda, sygnały zwiastujące zawirowania w karierze rzadko są tak jednoznaczne jak wbicie się samolotu w biurowiec czy wybuch bomby w brukselskim metrze. Tym bardziej trzeba być czujnym. Co może świadczyć o tym, że nasze dni w firmie są policzone?

— Kiedy wchodzimy do biura, cichną rozmowy, recepcjonistka przestała się uśmiechać na powitanie, działowe e- -maile już nie trafiają do naszej skrzynki. Kumple idą na piwo, ale jakoś zapomnieli zabrać nas ze sobą — wymienia psycholog Mariusz Konieczkowski.

Jego zdaniem, rozszyfrowanie tych subtelnych znaków to dopiero połowa sukcesu. Wielu pracowników czuje, że grunt pali się im pod nogami, ale nic z tym nie robi. Dlaczego? Aby odpowiedzieć na to pytanie, Adam Muszak, trener i coach w firmie Berndson Szkolenia, odwołuje się do teorii Alvina Tofflera — ten jeden z najbardziej cenionych futurologów amerykańskich obliczył, że w ostatnich stu latach świat przyspieszył ponad 30-krotnie. Ogromna liczba bodźców, praca w niedoczasie, brak możliwości „przerobienia” docierającego do nas strumienia informacji — to wszystko powoduje, że kolejna, nawet drobna, zmiana wzbudza lęk, opór, a nawet agresję.

— Potrzeba stabilności, przewidywalności, jasnego kierunku zderza się z tymczasowością rozwiązań, rozmiękczaniem struktur organizacyjnych, interdyscyplinarnością zadań. To nie ułatwia rozumienia świata. Od czasów rewolucji przemysłowej stajemy przed wyzwaniami, na które nasze organizmy nie zostały zupełnie przygotowane. Ewolucja trwa dziesiątki tysięcy lat. My „biologicznie” tkwimy jeszcze w jaskiniach — tłumaczy Adam Muszak.

Refleksja czy refleks

O atawistycznych, „jaskiniowych” zachowaniach mówi także dr Beata Kozak, psycholog z Uniwersytetu SWPS w Katowicach. Jak podkreśla, człowiek pierwotny, stając oko w oko z dzikim zwierzem, musiał w ułamku sekundy zdecydować: walczyć czy brać nogi za pas. Dzisiejsze niebezpieczeństwa są dużo bardziej nieokreślone, przez co wymagają nie tyle refleksu, ile refleksji. Przejścia od działań automatycznych, nawykowych do działań świadomych.

— Uciec przed tygrysem to jedno, a ewakuować się z firmy to coś zupełnie innego. W drugim przypadku wypadałoby mieć jakąś wizję przyszłości, pomysł na siebie, plan rozwoju w nowym miejscu — wyjaśnia dr Beata Kozak. Jaj zdaniem, łatwiej nam wdrażać strategie adaptacyjne niż strategie awaryjne. To znaczy: zamiast dążyć do poprawy swojego losu, uczymy się znosić w pokorze kiepskiego szefa, złe traktowanie i słabe zarobki. A także ciągłą niepewność zatrudnienia. Nawet gdyby zadzwonił do nas head-hunter z rewelacyjną ofertą, odrzucimy szansę, klarując sobie, że „lepsze jest wrogiem dobrego” albo że „trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie korporacyjnego płotu”.

— Umniejszamy korzyści, które mogłaby przynieść zmiana firmy, a jednocześnie wyolbrzymiamy jej koszty. Szukanie pracy, wysyłanie CV, chodzenie na rozmowy kwalifikacyjne — to na pewno wysiłek, ale ten wysiłek rośnie przede wszystkim w naszych głowach — uważa Beata Kozak.

Tyrania status quo

Podobnie myśli Adam Muszak, według którego mamy problem z opuszczeniem tzw. strefy komfortu. Nie łączy tego jednak z lenistwem i strachem. Raczej ze zmęczeniem nadmiarem wyborów, zmian, nowinek.

— Otoczenie biznesowe oczekuje, byśmy na każdą korektę swojego kursu spojrzeli jak na alternatywę, szansę. Tyle że nie zawsze mamy siłę i zasoby, by w „nowym” zobaczyć kolejny poziom samorealizacji — argumentuje przedstawiciel Berndsona. Poza tym: zdążyliśmy się przyzwyczaić do kolegów z pracy, klientów, obowiązków. Komu chciałoby się zaczynać wszystko od nowa?

— Nie bez powodu mówi się o tyranii status quo. To, co znane, mimo że przeszkadza, uwiera, daje jednak poczucie trwałości, stabilizacji — choć często jest to tylko iluzja — wyjaśnia Mariusz Konieczkowski. Opór jest zrozumiały. A dlaczego warto go przezwyciężyć?

— Często większym ryzykiem jest unikanie zmian niż rzucenie się na głębokie wody — zaznacza dr Beata Kozak. Stephen Grosz tłumaczy to dobitnej: „W obliczu zmiany przeżywamy wahania, bo zmiana oznacza straty. Ale jeśli nie zaakceptujemy straty jednego — w przypadku Tamithy była to strata zdjęć dziecka — możemy stracić wszystko”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mirosław Konkel

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy