Recepta na długowieczność

Aleksander Krawczuk
27-03-2009, 00:00

Początek roku, kiedy wszystkim nam lat przybyło, to dobry moment, by się zastanowić, co sprzyja naszemu życiu i jakie są sposoby, by osiągnąć wiek przyzwoity w możliwie dobrej kondycji psychofizycznej.

Takie zasady i sposoby rzeczywiście istnieją. Można je konkretnie wskazać i wypisać w formie prostej recepty. Mogą jednak być pewne kłopoty z realizacją. Nie każda bowiem apteka dysponuje jej pięcioma — zaledwie pięcioma! — składnikami. Na wszelki jednak wypadek chciałbym je przypomnieć. Ręczę za ich skuteczność. A mogę się powołać zarówno na osobiste doświadczenia, jak też na wieloletnie obserwacje i na rozmowy z ludźmi prawdziwie wiekowymi.

 

1. Dobre geny. 2. Postępy nauk medycznych. 3. Ciąg szczęsnych przypadków. 4. Skromny tryb życia. 5. Dobra atmosfera domowa.

Jak łatwo od razu zauważyć, dwa składniki — pierwszy i trzeci — są całkowicie od nas niezależne i nie do nabycia za żadną cenę — przynajmniej obecnie. Owszem, jeśli chodzi o punkt pierwszy, przyszłe pokolenia mogą mieć nadzieję na sukcesy inżynierii genetycznej. Jednakże nie przyjdzie to szybko i łatwo, choćby ze względu na powszechnie znany opór fundamentalistów, i to niemal wszystkich wyznań. Skąd się on bierze, jakie są jego prawdziwe źródła? Trudno o jednoznaczną odpowiedź, skoro w wielu wypadkach nawet osoby głęboko wierzące mają wątpliwości, czy ich współwyznawcy fundamentaliści słusznie tak nieprzejednanie występują w tej sprawie. Jedną z istotnych przyczyn jest chyba lęk przed ryzykiem niekontrolowanego rozwoju; przed światem, w którym o wszystkim będzie decydować myśl naukowa i zdrowy rozsądek. Zresztą na podobne sprzeciwy natrafiamy nawet w przypadku punktu drugiego — postępów medycyny. Wystarczy wskazać na spór wokół problemu komórek macierzystych.

 

Nie mamy natomiast i nigdy nie będziemy mieć żadnego wpływu na to, o czym mówi punkt trzeci. A więc na wszelkie zdarzenia przypadkowe, niespodziewane. Nawet te zupełnie drobne mogą mieć konsekwencje nie do przewidzenia. Choćby zwykłe poślizgnięcie się. Skaleczenie. Potrącenie. Grypa i jej powikłania. Nie mówiąc o poważniejszych, prawdziwie dramatycznych wypadkach.

O tym, co znaczy ów ciąg szczęsnych zdarzeń, wiele mogą powiedzieć zwłaszcza ludzie mego pokolenia. Ci, którzy w latach wojny i okupacji byli każdego dnia i w każdej chwili narażeni na ostateczność. Dziś nikt w pełni nie potrafi sobie wyobrazić, że zwłaszcza młody człowiek wychodząc wówczas z domu nigdy nie był pewien, czy powróci. Uliczne łapanki stanowiły codzienność miejską. Nie były zaś czymś wyjątkowym zdarzenia ekstremalne. Jak choćby to opisane przeze mnie w książce "Spotkania z Petroniuszem". W pełni prawdziwe. Pijany oficer niemiecki przystawia przypadkowo spotkanemu na ulicy młodemu człowiekowi pistolet do skroni i każe prowadzić się tam, gdzie mieszka. Oczywiście sam nie ma pojęcia, gdzie kwateruje, na jakiej ulicy tego obcego dlań miasta. Uratował mnie wtedy Petroniusz, ten od Nerona. Otóż opisuje on w swym "Satyrikonie" równie absurdalne zdarzenia. Zagubiony w miasteczku chłopak pyta, zrozpaczony, handlującą warzywami staruszkę: — Matko, nie wiesz, gdzie mieszkam? Pytanie idiotyczne, sam zdaje sobie z tego sprawę. Ale ona, ku jego zdumieniu, odpowiada z miejsca: — A czemu bym miała nie wiedzieć? I prowadzi go w stronę domu publicznego. — Tu powinieneś mieszkać! — oznajmia triumfalnie. Właśnie tak i ja uczyniłem w owej sytuacji.

 

A oto inna sprawa. Pod koniec wojny moja siostra, łączniczka, została aresztowana. Gestapo przeprowadza rewizję w domu. Gestapowiec otwiera szafę, ale nie chce mu się schylać i grzebać w damskiej bieliźnie. Koleżanka, współlokatorka siostry, wyznaje mi później: — Tam ukryłam pistolet! Jeden ruch ręki przeszukującego — i tych słów na pewno bym nie pisał.

To indywidualne wydarzenia. Lecz weźmy również pod uwagę statystycznie marne ówczesne szanse przeżycia młodych mężczyzn mego pokolenia. W którymkolwiek z walczących krajów. Początek czerwca roku 1942. Kończę lat dwadzieścia. To dni bitwy o Midway. A na wszystkich frontach giną głównie moje roczniki, żołnierze dwudziestoletni, najchętniej pchani do pierwszych linii. Młodzi, niedoświadczeni, lekkomyślni — odważni, bo wręcz niedopuszczający myśli, że mogą zginąć.

 

Inne punkty recepty w jakiejś tam mierze od nas jednak zależą. Zdrowy, skromny tryb życia. Nie chodzi tylko o to, by unikać tytoniu, nie objadać się i nie nadużywać alkoholu. To powszechnie znane i wciąż powtarzane zalecenia wszystkich lekarzy. Warto wszakże uświadomić sobie, że i sport wyczynowy nie jest dla organizmu w pełni korzystny. A z drugiej strony wygodnickie, dziś tak powszechne, korzystanie z samochodu. Mieszkam w Krakowie w domku na niewielkim wzgórku, wysokości może 30 m. Nie mam samochodu, tylko wyjątkowo mogę pozwolić sobie na taksówkę, a w kraju szczerze katolickim nie ma co liczyć na chrześcijański gest zaproszenia nawet przez znajomych: — Proszę wsiadać, podwiozę! Podobnie jak rzadki to przypadek, by ktoś młody ustąpił miejsca w tramwaju. Schodzę więc i wchodzę stromą ulicą przynajmniej raz dziennie, i to już przez lat 77; bo zamieszkałem tam jako chłopiec dziesięcioletni. Ile więc razy zdobyłem Mount Everest? Często patrzę z pewną zawiścią, tego nie ukrywam, na śmigające obok wspaniałe wozy mych kolegów i sąsiadów. Spostrzegłem jednak, że wielu z nich, i to nawet znacznie młodszych, nie zrobi kilkudziesięciu kroków lekko pod górkę bez zadyszki. Tak, skromny, codzienny wysiłek jednak popłaca.

 

I wreszcie atmosfera domowa. To prawda, że i ona nie zależy od nas całkowicie. Musimy przecież wciąż się liczyć ze zmiennymi nastrojami domowników. Oraz z drobnymi, a niekiedy troszkę przykrymi w codziennych kontaktach ich nawykami. Bywa, że trzeba wręcz oceanu cierpliwości i wyrozumiałości nawet wobec najbliższych. Ale to się opłaca. Także udawanie, że czegoś się nie dostrzegło. Najlepszym zaś sposobem rozładowania wszelkich napięć jest zawsze zwykły uśmiech.

 

A już całkowicie od nas zależy pozytywny stosunek do życia i szerokie zainteresowania. Także sprawami pozornie bezużytecznymi. Jak choćby nauką języków martwych i egzotycznych. Dobry jest zwłaszcza chiński, japoński. Lub studiowanie historii, oczywiście i przede wszystkim starożytnej, ta najnowsza bowiem jest wyjątkowo denerwująca i zakłamana. To znakomita gimnastyka umysłu, równie dlań korzystna, jak dla ciała wspomniany codzienny spacerek pod górkę.

 

Powie ktoś, że to rady w gruncie rzeczy znane i powtarzane od wieków. Tak, niby są oczywiste, a przecież stale się o nich zapomina. Doświadczam tego sam od lat już ponad osiemdziesięciu. Wszystkim więc życzę, by udało im się zrealizować całą receptę, łącznie z tymi jej składnikami, które, jak się rzekło, nie są do nabycia za żadną cenę. Chyba że łaskawie spojrzą na nas bogowie. To prawda, że bywają kapryśni, lecz pozwalają zabiegać o swą życzliwość. Nie tyle ofiarami i modłami, ile okazywaną przez nas zwykłą przychylnością wobec innych.

Aleksander Krawczuk:

Skąd się bierze opór fundamen-talistów, jakie są jego źródła? Trudno o jednoznaczną odpowiedź. Jedną z istotnych przyczyn jest chyba lęk przed światem, w którym o wszystkim będzie decydować myśl naukowa i zdrowy rozsądek.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Aleksander Krawczuk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Recepta na długowieczność