Tytuł przytaczam dosłownie, albowiem dowodzi on kreatywności naszych władców, chodzi o procedowane w Radzie UE i Parlamencie Europejskim projekty rozporządzeń inaczej tytułowanych – o „zarządzaniu azylem i migracją” oraz o utworzeniu całkiem nowego Funduszu Azylu i Migracji. Uchwała przeszła w czwartek stosunkiem 242:5, przy 34 posłach wstrzymujących się oraz 179 niegłosujących. W tej sprawie zgodnie z klubem PiS i jego wasalami głosowała niby opozycyjna Konfederacja – może to być sygnał wzajemnego obwąchiwania się potencjalnych koalicjantów w przyszłej kadencji. Trzecia Droga, czyli PSL z Hołownią się wstrzymała, natomiast posłowie PO/KO oraz Lewicy w ogóle wyjęli karty z czytników. Trzeba pamiętać, że uchwała Sejmu to akt niskiej rangi, który nie jest źródłem prawa obowiązującego powszechnie, ale Rady Ministrów dotyczy jak najbardziej. Poza równie obszerną co ulotną argumentacją antywspólnotową uchwała zawiera jedno konkretne zdanie, zobowiązujące rząd do „stanowczego sprzeciwu wobec takich praktyk”.
Sensacją czwartkowego Sejmu była nie uchwała, lecz wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego w sprawie zorganizowania… referendum. Jego przedmiotem byłby właśnie problem imigracyjny. Na razie brakuje jeszcze jakichkolwiek konkretów co do brzmienia pytania lub pytań, natomiast od pierwszych chwil dosyć oczywisty jest plan PiS, by referendum zostało połączone z wyborami do Sejmu i Senatu, które odbędą się najprawdopodobniej 15 października. Wymagałoby to błyskawicznej nowelizacji ustawy z 2003 r. o referendum ogólnokrajowym, ponieważ zawiera ona bardzo wiele przepisów niezgodnych z wielokrotnie zmienianym kodeksem wyborczym. Podam tylko dwie bardzo grube różnice: inne są godziny głosowania – referendalne od 6 do 22, zaś wyborcze od 7 do 21, a poza tym zupełnie inne podmioty delegują członków obwodowych komisji wyborczych/referendalnych. Notabene ujednolicenie tej ustawy z kodeksem było potrzebne już od wielu lat, ale dokonane na spokojnie bez ciśnienia kalendarzowego. Teraz PiS zapewne zechce przeforsować zmiany biegiem na najbliższym posiedzeniu Sejmu.
Pomysł dołożenia referendum do wyborów parlamentarnych jest politycznie iście szatański. W niepodległej Polsce nigdy nikomu nie przyszedł do głowy, ani w przedwojennej II RP, ani w obecnej III RP. Ba, niewyobrażalny był również w epoce PRL, gdy odbyły się dwa pseudoreferenda w latach 1946 i 1987, ale zawsze samodzielnie. Widocznie Jarosław Kaczyński wykalkulował, że referendum z nośnym społecznie pytaniem spowoduje przełożenie się sugerowanej przez PiS odpowiedzi referendalnej również na kandydatów tej partii. Wyborcy będą przecież podejmowali decyzje za jedną bytnością w kabinie.
Na razie trudno sobie wyobrazić przetworzenie wyniku hipotetycznego referendum na jakiś akt prawny. Konkretyzacja wyników powinna zakończyć się uchwaleniem ustawy, której postanowienia nawiązałyby do pytania/pytań lub wariantów rozwiązań poddanych glosowaniu. Największą przeszkodę w realizacji rozstrzygnięcia referendalnego zawsze stanowi właśnie konstrukcja sensownych pytań. W najbardziej pamiętanym obecnie referendum akcesyjnym z 2003 r. pytanie o przystąpienie Polski do Unii Europejskiej było niezwykle czytelne i zrozumiałe każdemu, dlatego wynik stanowił dla prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego podstawę do podpisania ratyfikacji traktatu już bez uchwalania ustawy. Przełożenie wyniku ewentualnego polskiego referendum na prawo azylowe i migracyjne UE jest oczywiście całkowitą abstrakcją, ale w zamyśle Jarosława Kaczyńskiego przecież wcale nie o to chodzi…

