W każdym z nas tkwi coś z dziecka. Politycy nie są wyjątkiem. Można zaryzykować twierdzenie, że w ich przypadku dziecięca część osobowości nader często staje się dominująca.
Każdy chyba chłopiec marzył, by być strażakiem. Marzenia udało się spełnić Waldemarowi Pawlakowi. On będzie strażakiem, dopóki będzie istniał ogień. Inni chcieli być kierowcami rajdowymi. I te marzenia da się zrealizować — "dobrze się jechało" opowiadał z dziecięcym błyskiem w oku poseł Jacek Kurski, opisując, jak to "podłączył się" do policyjnego konwoju. Przy okazji wyszło na jaw, dlaczego dwa lata wcześniej uznawał akcję reklamową "Stop wariatom drogowym" za mocno podejrzaną. Zabawa trwa też w kancelarii prezydenta: popularny jest głuchy telefon. Wieść się niesie z urzędniczych ust do ust, a ostatni w kolejce ma za zadanie powiedzieć, co obiecał amerykański prezydent elekt. Ileż śmiechu i pisków przy tym!
Niektórzy wracają do lektur dzieciństwa — ot, do Kubusia Puchatka. Gdy związkowcy odwiedzili biuro poselskie premiera, okazało się, że go tam nie ma. I im bardziej związkowcy zaglądali do biura, tym bardziej premiera tam nie było. Aż w końcu nawet przestało to być jego biuro... Bawią się też komisje śledcze: preferują ciuciubabkę, błądząc po omacku i usiłując złapać cokolwiek. Rząd buduje zamki z piasku, a minister Drzewiecki gra z prezesem PZPN w cymbergaja...
Ale w końcu przyjdzie siwy facet z brodą, w czerwonym płaszczu, zadzwoni dzwonkiem, by uciszyć rozbrykanych i zapyta: "dzieci, byłyście grzeczne w tym roku?". I co wtedy?
