Regionalne traktory na wstecznym

Nasz Ursus, czeski Zetor i białoruski Belarus zostały wyparte z Polski przez zachodnich konkurentów i nie mają raczej szans na powrót

Kilka lat temu Ursus nie schodził z czołówek jako polski czempion zdobywający wielomilionowe kontrakty w Afryce. Od kilku miesięcy znów na nich gości, ale jako spółka w restrukturyzacji, zamykająca fabrykę, przeprowadzająca wielkie zwolnienia itd. W sytuacji nie do pozazdroszczenia jest również jego najbliższy regionalny konkurent — czeski Zetor, na którego wsparcie Ursus niedawno liczył (mówił o wspólnych działaniach inwestycyjnych i aliansie producentów ciągników w naszej części Europy).

W zeszłym roku po raz pierwszy od ośmiu lat Zetor miał stratę, sprzedał prawie o jedną czwartą mniej traktorów niż rok wcześniej, a jego przychody skurczyły się o ponad 19 proc.

Spóźniony czy bezsilny

Także sprzedaż liczącej się kiedyś na naszym runku marki Belarus zza wschodniej granicy obecnie jest śladowa. W ubiegłym roku było to 11 traktorów, w tym dotychczas… jeden, a jeszcze kilka lat temu — setki rocznie.

— Zaostrzające się normy emisji wykluczają mniejszych producentów. Światowe koncerny mają duże zaplecze badawczo-rozwojowe i kapitał na nie, mniejsi ratują się kontraktami w mniej rozwiniętych krajach, jak afrykańskie. Na niekorzyść lokalnych marek działa też zmiana pokoleniowa. Producenci sami przyznają, że gdy do dilera wchodzi ojciec z synem, pierwszy kieruje się sentymentem i sięga po Zetora czy Ursusa, a młodszy — po zachodnie marki naszpikowane najnowszą technologią — mówi Hubert Seliwiak z Polskiej Izby Gospodarczej Maszyn i Urządzeń Rolniczych.

Marián Lipovski, prezes Zetoru, tłumaczy złe wyniki opóźnieniem we wprowadzaniu niektórych modeli traktorów linii Proxima, których produkcję wymusiło na firmie wejście w życie nowej unijnej dyrektywy w sprawie ciągników rolniczych. W przypadku Zetora, Ursusa i innego regionalnego gracza o onegdaj niemałych ambicjach, Farmtraca (z kapitałem hinduskim i fabryką w Mrągowie), widać jedno wyraźne zjawisko związane właśnie z kolejnymi przepisami unijnymi — wzrost udziału w sprzedaży ciągników rejestrowanych na firmy (czyli spadek udziału rejestracji na rolników). W dobrych dla branży latach ten wskaźnik wynosił 10-15 proc., obecnie przekracza nawet 30 proc.

— Oznacza to, że producenci rejestrują maszyny na dilerów bądź bezpośrednio na siebie, co podbija statystyki sprzedażowe. Niektóre ciągniki nie mogły być w obrocie po 2018 r. ze względu na normy emisji spalin, więc żeby w ogóle móc je sprzedać, trzeba było postąpić w ten sposób. Wówczas, chociaż zupełnie nowa maszyna stoi na placu, jest traktowana jako ciągnik używany — tłumaczy Hubert Seliwiak.

Śladem motoryzacji

Marián Lipovský wyjaśnia, że jego firma boryka się ze spadkiem sprzedaży już od 2012 r., ale szczególnie zauważalny był on w drugiej połowie 2018 r.

— Warunki rynkowe znacznie się wtedy pogorszyły, m.in. z powodu ekstremalnej suszy w dużej części Europy, co negatywnie wpłynęło na sytuację ekonomiczną rolników. Odbiło się to na naszej sprzedaży na największych rynkach, czyli w Czechach i Polsce, gdzie cały rynek spadł, odpowiednio, o 21 proc. i 20 proc. Niekorzystne zmiany na rynkach europejskich zmusiły nas m.in. do rozwiązania umów ze 145 pracownikami — twierdzi Marián Lipovský.

Menedżerowie z branży uważają, że przyczyną nie jest jednak sytuacja ekonomiczna rolników, ale znaczenie szersze zjawisko.

— Ostanie lata dowodzą, że duży może więcej. Zniknęły małe, lokalne firmy w branży motoryzacyjnej i to samo dzieje się na rynku maszyn rolniczych. Firmy łączą się lub zawierają sojusze, żeby negocjować stawki zakupu części i usług, a będąc w dużym koncernie, korzystają z wiedzy i know-how jego innych spółek. My mamy w grupie firmę, która specjalizuje się w produkcji silników także do maszyn rolniczych — i to jedna z naszych przewag, również na polskim rynku — uważa Łukasz Chęciński, szef marketingu w CNH Industrial Polska, liderze ciągnikowej branży nad Wisłą, produkującym markę New Holland.

— Inwestycje w silniki emitujące mniej spalin to jedno, drugie to kwestia usprawniania maszyn pod kątem bezpieczeństwa operatora i lepszego designu. Produkując kilkadziesiąt tysięcy maszyn rocznie, uzyskuje się inne stawki niż przy produkcji kilkunastu tysięcy lub wręcz kilkuset traktorów. Trudno, żeby nie cierpiała na tym cena albo jakość. Na rynku dokonują się więc naturalne przetasowania — komentuje jeden z branżowych menedżerów.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michalina Szczepańska, Bartłomiej Mayer

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy