Resort finansów ograny na e-hazardzie

opublikowano: 17-07-2013, 00:00

Polscy bukmacherzy nie mają szans w konkurencji z zagranicznymi. A te, teoretycznie nielegalne, działają w najlepsze.

Mrówki i słonie. Taka analogia nasuwa się przy porównaniu obrotów, jakie w polskim internecie generują bukmacherzy polscy i zagraniczni. W pierwszym kwartale 2013 r. u tych pierwszych Polacy obstawili zakłady za 37,4 mln zł, u tych drugich za… 1,32 mld zł. I nawet jeśli ta druga liczba, podawana przez stowarzyszenie rodzimych bukmacherów, jest przeszacowana, to zapewne o niewiele. Jeszcze w 2009 r. samo nadzorujące hazard Ministerstwo Finansów (MF) szacowało ich roczne obroty na 2,5-3 mld zł. A od tego czasu raczej się nie zmniejszyły.

Zobacz więcej

— Celnicy nie radzą sobie z działalnością zagranicznych bukmacherów, ale też z zakazem reklamowania się przez nich. Co dwa miesiące przekazujemy, na jakich stronach internetowych i wydarzeniach sportowych ten zakaz jest łamany. I co? I nic — narzeka Mateusz Juroszek, przedstawiciel stowarzyszenia legalnych bukmacherów. [FOT. WM]

Miało być inaczej. Na jesieni 2009 r. premier Donald Tusk zapewniał wielokrotnie, że to właśnie niepłacący w Polsce żadnych podatków międzynarodowi operatorzy internetowi są, obok tzw. jednorękich bandytów, głównym celem wprowadzanej wtedy hazardowej rewolucji.

MF przygotowało więc nowelę wprowadzającą zakaz e-hazardu poza zakładami wzajemnymi. Założyło przy tym, że zagraniczne serwisy będą musiały rejestrować działalność w Polsce i tu płacić podatek — jeden z najwyższych w Europie, aż 12 proc. od obrotu.

Jacek Kapica, wiceminister finansów, przekonywał, że poddadzą się polskim regulacjom, a budżet zainkasuje z tego ponad 170 mln zł rocznie.I zapowiadał zdecydowane działania wobec firm, które zlekceważą nowe prawo. Tyle że eksperci i resort spraw wewnętrznych ostrzegali, że zakazu e-hazardu nie da się wyegzekwować, a „PB” sugerował, że żaden z europejskich operatorów, zarejestrowanych w rajach podatkowych, gdzie podatek wynosi do 5 proc., nie przeniesie się do Polski. Mieliśmy rację. Zdecydowana większość serwisów funkcjonuje jak dotychczas. A fiskus nic z tego nie ma.

— To dlatego proponujemy, by z jednej strony zmienić podatek dla legalnych firm z 12 proc. od obrotu do 25 proc. od dochodu, a z drugiej — blokować dostęp do stron zagranicznych serwisów, co udało się nie tylko w USA, ale choćby w Estonii — mówi Mateusz Juroszek, prezes STS, jednego z polskich bukmacherów. Wymagałoby to jednak stworzenia rejestru stron niedozwolonych,a kilka lat temu premier Tusk po protestach środowisk internetowych wycofał się z podobnego pomysłu. Legalni bukmacherzy alternatywnie proponują więc obniżenie podatku do 5 proc. od obrotu. Wedle deklaracji zagranicznych operatorów taki poziom mógłby skłonić ich do zarejestrowania się w Polsce.

— Dzięki równej konkurencji fiskus w takim wypadku zamiast nieco ponad 4 mln zł podatku z e-hazardu kwartalnie, inkasowałby nawet ponad 100 mln zł. A zyskałyby przy tym związki sportowe, które mogłyby być beneficjentem na przykład 30 proc. tej kwoty — proponuje Mateusz Juroszek. Swoje propozycje stowarzyszenie bukmacherów przedstawiło już oficjalnie resortowi finansów i posłom z podkomisji, zajmującej się hazardem. Na razie odpowiedzi brak.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Dawid Tokarz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu