Do przychodni lekarskich przy ZUS-ie czy NIK-u nie można przyjść, ot tak z
ulicy. Placówki te są tylko dla pracowników instytucji, która je utrzymuje, oraz
tych, którzy odeszli na emerytury bądź renty. To nie jest przychodnia otwarta na
miasto - usłyszał nasz dziennikarz, dzwoniąc do przychodni w centrali
NIK.
Ta zamknięta NIK-owska przychodnia zatrudnia 22 osoby i
kosztuje budżet państwa prawie 1,8 mln złotych rocznie.
Z
informacji przekazanej przez dyrektora generalnego Izby posłom z komisji
kontroli państwowej wynika, że uprawnionych do korzystania z niej jest ponad
2200 pacjentów - w tej liczbie są też pracownicy delegatur terenowych. Dyrektor
uzasadnia, że kontrolerzy mają szczególną pracę - częste wyjazdy, stresujące
obowiązki - dlatego przychodnia się im należy. Do tego - gdyby korzystali ze
zwykłych przeciążonych przychodni, musieliby stać w kolejkach, co kolidowałoby z
planami kontroli.
To ciekawy argument... tak jakby zwykli pacjenci nie mieli pracy.