Rób, co ci mówię!

Małgorzata Ziębińska
opublikowano: 25-05-2007, 00:00

Nie wystarczy być geniuszem, mieć wysoki poziom IQ, niezaprzeczalne kompetencje i doświadczenie — można mieć ogrom pozytywnych cech i rozłożyć przedsięwzięcie!

Ta myśl, wypowiedziana ostatnio — mniej więcej w przytoczonej formie — w mojej obecności przez zirytowanego pracownika pewnej firmy, równie lapidarnie co emocjonalnie oddaje istotę zjawiska, która ujawniła się niebawem. Mój rozmówca — menedżer z wieloletnim doświadczeniem w branży energetycznej — był poruszony niemożnością porozumienia się ze zwierzchnikiem nawet w podstawowych sprawach, dotyczących zarządzania projektem, w którym brali udział. Źródła problemu nie dopatrywał się w braku kompetencji czy wiedzy szefa ani też w braku jego zaangażowania w pracę, lecz w nieumiejętności słuchania ludzi, którzy dla niego i z nim pracują.

Kompetencje, umiejętności, zaangażowanie, ambicja, inteligencja, determinacja — to cechy, którymi jesteśmy obdarzeni w różnym stopniu, co z kolei różnicuje nasze losy zawodowe. Oczywiście znaczenie ma też mnóstwo niezależnych od nikogo czynników, ale założenie, że osiągają zawodowy sukces ci z nas, którzy posiedli wysoki poziom wspomnianych zalet nie będzie, mam nadzieję, en bloc stwierdzeniem nazbyt naiwnym. Model idealny: zwierzchnikami innych zostają najlepsi.

Droga awansu bywa długa i wieloetapowa, kolejne stanowiska wymagają podejmowania coraz bardziej złożonych decyzji, brania pod uwagę coraz większej puli zmiennych, rośnie też odpowiedzialność, presja... Zadania, jakie trzeba realizować, są zwykle coraz bardziej skomplikowane i wymagają zdobywania wiedzy i umiejętności dotąd nieznanych. Awans i sukces mają swą cenę jak wiadomo — to, że jest trudniej, coraz trudniej, jest jedną z nich. Ci, którym się udało, płacą ją — w zamian za mnóstwo różnego rodzaju gratyfikacji. Są doceniani w widoczny sposób, rezultaty ich pracy przekładają się często na konkretne zyski firmy, cieszą się szacunkiem, lepiej zarabiają.

Gdzieś w tym wszystkim przychodzi moment, który łatwo można minąć. A staje się on pułapką. W coraz bardziej złożonym świecie decyzji i zadań pojawia się granica, poza którą w oczywisty sposób nie da się dalej działać, polegając wyłącznie na sobie. Zignorowanie owego faktu może prowadzić do stylu zarządzania pracą innych, wyrażającego się w postawie „szefa-boga”, co to „sam wie” i każdemu szczegółowo mówi, co należy zrobić — oczekując, że pracę podwładny wykona dokładnie tak, jak mu szef objaśnił i nakazał. W konsekwencji — sam ma o wiele więcej pracy, więcej merytorycznych spraw do ogarnięcia i zrozumienia, a przecież stwierdzenie, że nie ma ludzi znających się w równym stopniu na wszystkim — jest nieznośnym banałem.

Tyle że wychwycenie momentu granicznego może zaowocować w inny jeszcze sposób. Oczywiste: zamiast o każdej sprawie decydować samodzielnie, zgłębiać tajniki wielu rozmaitych dziedzin, można otoczyć się kompetentnymi i zaufanymi — co ważne — ludźmi, którzy mogą stać się nieocenionym źródłem pomocy, informacji, kompetencji. Wydaje się to prostsze, ale w rzeczywistości może być wyzwaniem. Takie podejście wymaga dystansu do siebie, gotowości, by powiedzieć „nie wiem — sprawdźmy to”, otwartości na pomysły innych, zaproszenia pracowników do wymiany myśli i pomysłów. W końcu przecież szef to także część zespołu — bardzo ważny element, ale nie istniejący bez swoich ludzi.

Z rozmowy, o której wspominam, wynikało, że ów szef nie posiada tych umiejętności — a to w konsekwencji rodzi wśród jego ludzi wątpliwości co do tego, czy i jak bardzo są potrzebni, czy cieszą się zaufaniem; wielu z nich ma wrażenie, że projekt się chwieje w posadach. Osobiście znam kogoś, kto kieruje zespołem ludzi nie w sobiepański sposób i nie trzeba zbyt wnikliwie patrzeć, by zobaczyć płynące z tego korzyści dla niego samego. Grupa jest niewielka, ale działa w niełatwych warunkach, jakie stwarza polska służba zdrowia. Szef korzysta z podwładnych — w pozytywnym tego znaczeniu, samodzielnie robiąc jedynie to, czego nikt inny nie zrobi i starannie te sprawy selekcjonuje. A dzięki temu sprawia wrażenie osoby zadowolonej, nieprzeciążonej nadmiernie zadaniami i odpowiedzialnością. Bo pewnie najsilniejszy przełożony to ten, który siłę czerpie z siły swoich podwładnych.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Małgorzata Ziębińska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu