Wokulski, wychodzimy! — krzyknął strażnik z więzienia przy Rakowieckiej do Feliksa Jabłkowskiego, gdy wypuszczał go z celi. Był rok 1950. Jabłkowski przegrał właśnie z władzą bitwę o handel. Tak dla spółki akcyjnej Dom Towarowy Bracia Jabłkowscy zaczęło się 45 lat niebytu.
W 1996 r., na wniosek spadkobierców, sąd gospodarczy przywrócił spółkę do życia. Jabłkowscy odzyskali już kamienicę przy Chmielnej 21 i plac, przylegający do niej i do głównego budynku dawnej spółki — Domu Towarowego przy Brackiej 25. O niego nadal toczy się postępowanie. Trzynasty rok.
Stowarzyszenie Rodu Jabłkowskich założono w latach 80. XIX wieku, by wspierać członków licznej rodziny, zwłaszcza w zdobywaniu wykształcenia. Dzięki rodowemu związkowi zaczął się też rozwijać interes Anieli, założycielki firmy. Aniela Jabłkowska otworzyła mały sklepik bławatny w Warszawie przy Mokotowskiej — w przyziemiu, z małym oknem, jedynym meblem była komoda, udająca ladę. W komodzie tkwiło mnóstwo szufladek: pierwsze magazyny firmowe. „Praca u podstaw” przyniosła efekty i niebawem udało się przenieść sklep na poziom ulicy. Miał już witrynę — jedną, potem dwie, cztery. Do interesu dołączył Józef Jabłkowski, brat Anieli. Wkrótce w jego ślady poszli Stefan i Bronisław. Sklep zmienił siedzibę — na ulicę Widok; zajął tam cały parter. Klientela coraz bardziej wytworna. Jak u Wokulskiego.
W 1914 r. stanął budynek przy Brackiej 25. Jabłkowscy pozyskali kapitał, sprzedając akcje ludziom spoza rodziny. Wśród akcjonariuszy znalazł się Piotr Drzewiecki, wieloletni wiceprezydent Warszawy, Feliks Młynarski, kiedyś prezes Banku Rozliczeń Międzynarodowych w Bazylei. W 1931 r. 3-milionowy kapitał spółki rozczłonkowano na 30 tys. akcji po 100 zł. Jabłkowscy mieli akcje imienne, uprzywilejowane. Suma tych głosów dawała przewagę na walnym zgromadzeniu. W latach 20. XX wieku spółka otworzyła nowy sklep — w Wilnie.
I Stowarzyszenie Rodu Jabłkowskich nie próżnowało. Na zjazdach rodzinnych decydowano, kogo wspierać, a wspieranych — rozliczano z efektów. Związek miał władze i składki.
— Ojciec wspominał, że nawet gdy miał 6 lat na zjeździe stowarzyszenia zwracano się do niego „Panie bracie” — mówi Tomasz Jabłkowski, spadkobierca, jeden z zarządzających reaktywowaną spółką Dom Towarowy Bracia Jabłkowscy.
Bracka 25 przetrwała wojnę i powstanie warszawskie. Żelbetowa konstrukcja, jedna z pierwszych w stolicy, oparła się bombardowaniom. Nad odgruzowaniem budynku pracowali dawni pracownicy — często za miskę zupy. Handel ruszył w roku 1945. Wkrótce spółka zatrudniała 214 osób: połowę przedwojennego składu. W 1949 r. ówczesna władza wydała prywatnym przedsiębiorcom tzw. drugą bitwę o handel. Od Jabłkowskich zażądano 40 mln podatku od... wzbogacenia wojennego (za przejęcie własnego domu towarowego)! Firma zaproponowała płatność w ratach...
W maju 1950 r. pod dom podjechały czarne limuzyny. Bezpieka zabrała Józefa — 90-letniego seniora rodu, współzałożyciela firmy, i Feliksa Jabłkowskiego, jego syna, ówczesnego prezesa spółki.
— W więzieniu regularnie „zachęcano” ojca do wypełnienia wniosku o rozpoczęcie postępowania upadłościowego. Julia Brystygierowa, szefowa Departamentu do spraw Wyznaniowych w Ministerstwie Handlu Wewnętrznego, wyjaśniła mu: „Chodzi o likwidację klasy posiadaczy”. Ponieważ ojciec nie chciał być zlikwidowany, podpisał, co mu podsunięto — mówi Tomasz Jabłkowski, jego syn.
Po wyjściu z więzienia nie miał już do czego wracać. Firma wraz z majątkiem przestała istnieć w tydzień. Wszystkie srebrne tacki z trzech kawiarni w Domu Towarowym wyceniono po złotówce za sztukę... Wszystkie zakupili członkowie komisji likwidacyjnej.
— Zadziwiająco prosta procedura — komentuje Tomasz Jabłkowski. Firmowy Mercedes poszedł za 200 tys. zł. „Materiały różne w belach — 100 zł” — oto zapis w aktach z pracy komisji. Przeciętna płaca w firmie wynosiła wówczas 14-17 tys. zł. Cztery nieruchomości firmy okazały się tyle warte, że ledwie starczyło na zapłatę podatku od wzbogacenia wojennego i na część z odpraw dla personelu.
Przed siedmioma laty Sąd Gospodarczy w Warszawie przywrócił byt prawny firmy — pod dawnym numerem RHB. Dwa lata temu Jabłkowscy odzyskali kamienicę przy Chmielnej 21 i plac łączący ją z innym, głównym budynkiem dawnej spółki.
— Postępowanie prawne o odzyskanie budynku na Brackiej 25 dawnego Domu Towarowego Bracia Jabłkowscy polega na wzruszeniu umowy wieczystej dzierżawy, zawartej między Skarbem Państwa a Związkiem Rzemiosła Polskiego w 1984 r. na 40 lat — wyjaśnia Tomasz Jabłkowski. Jego zdaniem umowę podpisano z naruszeniem prawa — także ówczesnego. Dysponent budynku ma grunt i budynek, choć umowa wieczystej dzierżawy budynku nie dotyczy.
— Dom Towarowy Bracia Jabłkowscy to element tożsamości Warszawy. Istnieje nie tylko w pamięci starszych mieszkańców stolicy, ale i tych młodszych. Z przedwojennej Warszawy zostało niewiele i powinno się o to dbać — mówią bracia. Zapewniają, że chcą przywrócić świetność rodzinnemu domowi towarowemu.
Na razie gospodarują tym, co odzyskali. Kamienica przy Chmielnej 21 była w opłakanym stanie. Administracja nie wydawała pieniędzy na budynek, o który toczył się spór. Na klatkach nocowali bezdomni. Sklepy na parterze płaciły minimalne czynsze.
— Chmielna to jedna z najdroższych ulic świata! Tymczasem umowy najemców opiewały na kilka złotych za metr — mówi Tomasz Jabłkowski. Renegocjowali je. Część przyjęła decyzję ze zrozumieniem, z innymi się pożegnali. Jabłkowscy wyremontowali oficynę, zaczęli renowację drugiej. Odnowili dach, wynajęli dozorcę. Udało im się przywrócić wygląd starym, dębowym drzwiom frontowym. Zamówili również bramę do kamienicy — taką, jak przed wojną.
Mają pomysł na plac obok. Na razie znajduje się tam parking. Ale...
— Nie wiemy jeszcze, czy ten budynek będzie samodzielny czy też — jak planował nasz dziadek — obiekty przy Brackiej 25 i na rogu Chmielnej z Bracką będą stanowiły jedną całość — mówi Tomasz Jabłkowski.
Pokazuje przedwojenne szkice projektu Lilpopa-Jankowskiego. Do złudzenia przypominają domy towarowe Harrodsa w Londynie: masywny, wysoki, narożny budynek.
Związek rodzinny nie przetrwał zawieruchy dziejowej. Ale ostała się dyscyplina i wzajemne wsparcie.
— Spadkobierców spółki jest o wiele więcej niż nas dwóch. Ale umieliśmy się dogadać. Ktoś tym musi sprawnie zarządzać. Rodzina znowu stanęła na wysokości zadania. Najważniejsza jest firma! — twierdzą bracia Jabłkowscy.
Bez ich zgody Dom Towarowy Bracia Jabłkowscy z Brackiej 25 pozostałby we wspomnieniach.
„Kup pan jedną trumnę u Jabłkowskich, a drugą dołożą w celach reklamowych” — śmiali się warszawiacy w międzywojniu. Trumien na Brackiej 25 nie sprzedawano, ale jeden z braci z rozmachem prowadził politykę reklamową. Broszury, katalogi, ogłoszenia w prasie — wszystko to sprzyjało obrotom. Dom Towarowy Bracia Jabłkowscy słynął w całej Polsce z ekskluzywnych towarów, fachowej obsługi, wyśmienitej kawy w kawiarniach. Imponujący wystrój: olbrzymi witraż na całej ścianie, schody w kształcie litery T; kilka kondygnacji przestronnych, stylowych wnętrz wyłożono towarami najwyższej jakości, sprowadzanymi z całego świata. Zjeżdżali się arystokraci, przedsiębiorcy z całego kraju. Tym, którzy nie mogli, firma czterokrotnie w roku wysyłała katalog: tyle, ile razy zmieniała kolekcje. Zdjęcia, rysunki i opisy towarów.
— Był nawet system, umożliwiający samodzielne, szybkie i dokładne zdjęcie miary klienta — wspomina Tomasz Jabłkowski. Gdy władze zlikwidowały firmę, miał 7 lat. Ale coś pamięta.
— Na III piętrze, w oficynie mieściła się świetlica pracownicza: pięć pokoi, biblioteka z książkami fachowymi i beletrystyką, kuchnia. Tu pracownicy spędzali przerwy — mówi spadkobierca. Jego ojciec i dziadek opracowali politykę personalną. Aby pracować w najekskluzywniejszym domu towarowym w Warszawie, trzeba było przejść wiele lat kursów.
— Dla zatrudnionych firma wydawała biuletyn. Istniały kółka zainteresowań: tenisowe, modelarskie, narciarskie, szybowcowe. Dofinansowywano wczasy. A w 1936 r. dziadek założył fundację, która miała wybudować ośrodek wypoczynkowy — przekonuje Tomasz Jabłkowski.
W firmie obowiązywała zasada: awansować może ktoś już w firmie pracujący. Nie sposób było ominąć tej drabiny. Przykład: dyrektorem Domu Towarowego Bracia Jabłkowscy w Wilnie został w latach 30. Edward Kuligowski. W firmie zaczynał jako 16-letni goniec. Potem był sprzedawcą, kierownikiem sklepu, zakupów, aż w końcu — dyrektorem. Zasada odnosiła się również do członków rodziny. Jabłkowscy-synowie — zanim rozpoczęli pracę w firmie na najniższym szczeblu, ukończyli SGH i odbyli kilkuletnią praktykę u wielkich przedsiębiorców — np. u Grohmanów i Scheiblerów w Łodzi.
Józef Jabłkowski przywiązywał olbrzymią wagę do kompetencji, dlatego — prócz wiedzy handlowej z uczelni — synowie musieli znać się na sprzedawanych towarach: tkaninach. Ważna była również umiejętność obsługi klienta.
— Takiej jak przed wojną obsługi już nie ma... Nienachalnej, doradzającej, ale nienarzucającej się — twierdzi Jan Jabłkowski.
Jego dziadek spisał zasady w biuletynach. Było tam całe know-how Jabłkowskich — ma szansę sprawdzić się i dzisiaj. Józef Jabłkowski przekazał stery w ręce syna Feliksa, dopiero w latach 30., gdy pewien był kompetencji następcy. Miał wówczas 70 lat.
Od ponad 50 lat co roku, w pierwszą niedzielę po Wielkiej Nocy dawni pracownicy Domu Towarowego Bracia Jabłkowscy spotykają się na mszy w Warszawie u ss. wizytek. Potem idą na obiad do Harendy. Najpierw przychodziły tłumy, później tłok był coraz mniejszy. Ale jeszcze się nie zdarzyło, aby nabożeństwa nie odprawiono. Nawet w latach 50. czy w okresie stanu wojennego.
W tym roku przyszło jeszcze kilka osób.