Rok niewielu oczarowań, za to wielu rozczarowań

Adam Sofuł
opublikowano: 2007-12-31 00:00

Koniec roku to czas podsumowań i sporządzania rankingów. Nasz umownie nazwaliśmy hitami i kitami — w kilku punktach zebrane zostało to, co się nam podobało, a co wręcz przeciwnie. Niestety, rok 2007 nie różnił się od kilku ostatnich — gdy myślimy o kitach, wręcz giniemy pod ich natłokiem, myślenia o hitach możemy natomiast używać w celu oczyszczenia umysłu w niektórych technikach medytacyjnych. Nie oznacza to, że hitów zupełnie nie było, ale stanowiły zdecydowaną mniejszość. Kurtuazyjnie od nich zaczynamy.

Hity

Polacy. Przez cały rok ciężko pracowali, by jedni politycy chwalili się wzrostem gospodarczym, potem zaś tłumnie poszli do wyborów, by pochwalić się mogli inni politycy. W niektórych krajach klasa polityczna siedzi cichutko w gabinetach, gdy tłumy szaleją na ulicy. U nas to zmęczeni codziennym znojem obywatele oglądali w wieczornych serwisach szaleństwa władzy — mimo to nie zwariowali. To dopiero hit!

EURO 2012. Wiosną stało się jasne, że przynajmniej w jednych finałach piłkarskich mistrzostw Europy będziemy grać. Nie wiadomo gdzie dokładnie, bo stadiony na razie prezentują się pięknie w komputerowych wizualizacjach. Radości z faktu przyznania Ukrainie i Polsce organizacji EURO 2012 wystarczy jeszcze na pół roku. A potem? Dzięki kadrze Leo Beenhakera na jednym EURO, w roku 2008, na pewno zagramy...

Schengen. Starszym łezka się w oku zakręciła — jak przed laty mogą pojechać na dowód do NRD, i to bez kontroli. No, może do trochę większej NRD — aż do Atlantyku. Udało się wielkie przedsięwzięcie polityczne i informatyczne. Niektórzy wprawdzie narzekają, że Europę znowu podzieliła żelazna kurtyna. Nawet jeśli to prawda, to miło znaleźć się tym razem po jej właściwej stronie.

Donald Tusk. Obiecał irlandzkie cuda, by żyło się lepiej i nawet jeśli większość w to nie uwierzyła, to większość zagłosowała. Trudno powiedzieć, ile w tym zasług Tuska, a ile błędów jego przeciwników. Hitem jest jednak to, że po dwóch porażkach w 2005 r. oraz dwóch bezbarwnych latach w opozycji — pokazał lwi pazur i wygrał.

Waldemar Pawlak. Większość Polaków zapomniała o istnieniu takiego polityka, a niektórzy nawet nie wiedzieli, że taki był — nawet dwukrotnie premierem. Siedział sobie cichutko, aż tu nagle — wicepremier i szef kluczowego resortu gospodarki. Na tle znerwicowanej sceny politycznej jawi się ostoją luzu i spokoju. Ba, wydaje się niekiedy większym liberałem niż jego koalicyjny partner.

KITY

Buble prawne. Wymieńmy przykładowo tylko dwie ustawy — o wielkopowierzchniowych obiektach handlowych (w skrócie mówiącą o tym, że takie obiekty w zasadzie mogą powstawać, pod warunkiem że mają małą powierzchnię) oraz o zakazie handlu w święta (która dwanaście razy w roku pobudza ogólnonarodową dyskusję o tożsamości stacji benzynowych — placówki handlowe to czy usługowe)

Ułatwienia dla przedsiębiorczości. Z szumnie zapowiadanego pakietu Kluski ostał się ino Kluska. Pakiet Szejnfelda skończył swój żywot, zanim się jeszcze rozpoczął, a jedyne, co politycy wiedzą o przedsiębiorczości, to to, że powinno być jedno okienko. Nie wiedzą tylko jeszcze gdzie.

Kampania wyborcza. Uzasadnienie oczywiste — tyle kitu, ile politycy wcisnęli nam przez kilka jesiennych tygodni, wystarczyłoby na okitowanie wszystkich okien w trzech milionach obiecanych mieszkań. I jeszcze wszystkich okien w mitycznej Irlandii. I jeszcze trochę by zostało.

Janusz Kaczmarek. Największy zawód prezydenta. Zaczynał jako apolityczny fachowiec, potem jako kropka wędrował po czterdziestym piętrze hotelu Marriott, niczym w technothrillerze Toma Clancy’ego, by wreszcie — z krótkim oddechem na operetkę pt. „Premier rządu jedności narodowej” — rozpłynąć się w niebycie. Może potomni docenią.

Kohabitacja. Nisko w rankingu, bo to kit ostatnich tygodni. Ale nagłaśnianie każdego faksu przez jedną stronę, a zmuszanie głowy państwa przez drugą stronę do oglądania telewizji (samo w sobie jest to okrucieństwo), by prezydent mógł czegoś się dowiedzieć o planach rządu — wystarczyło do miejsca w czołówce. W roku 2008 kohabitacja ma szanse na awans.

Najbardziej niepokojąca jest okoliczność, że hity 2007 mogą bardzo szybko zamienić się w kity 2008. Niestety, w drugą stronę droga jest znacznie trudniejsza.

Adam Sofuł