Polska żyje po pierwsze — wieczornym meczem ostatniej szansy z Niemcami, po drugie zaś — świętem Bożego Ciała i związanym z nim długim weekendem. Trudno się zatem dziwić, że praktycznie żadnego zainteresowania nie wywołuje u nas zaczynające się jutro w Brukseli (niemal w całej Europie to dzień roboczy) kolejne posiedzenie Rady Europejskiej, czyli szczyt szefów państw i rządów UE. Kończy on półroczną prezydencję Austrii, od 1 lipca pałeczkę przejmuje Finlandia. Austriacy za najważniejszą sprawę załatwioną uznają sfinalizowanie porozumienia trzech mających wielkie ambicje instytucji — Rady Europejskiej, Komisji Europejskiej oraz Parlamentu Europejskiego — w sprawie wieloletniej perspektywy finansowej UE na lata 2007- -13. Najtrudniejszym problemem niezałatwionym pozostaje przyszłość Konstytucji dla Europy.
Nad traktatem podpisanym 29 października 2004 r. na rzymskim Kapitolu od początku wisiało jakieś fatum. Unijni notable wygłosili wtedy wiele patetycznych mów, ale przywódcy 25 państw członkowskich UE (oraz trzech kandydujących) rozjeżdżali się do domów nadspodziewanie szybko i bez entuzjazmu. Gorący komentarz „PB” z Rzymu zatytułowany został sceptycznie „Na razie górą Nicea”, albowiem niewiara w powodzenie Konstytucji dla Europy znalazła odzwierciedlenie już w samym traktacie. Szefowie państw i rządów optymistycznie założyli jego wejście w życie 1 listopada 2006 r. — pod warunkiem złożenia do tego dnia rządowi Włoch dokumentów ratyfikacyjnych przez wszystkich członków UE. Jednak na wszelki wypadek przyjęto również deklarację, że jeśli terminu dotrzyma przynajmniej 4/5 (czyli 20) państw członkowskich, a jedno lub więcej państw „napotka trudności w postępowaniu ratyfikacyjnym”, to „sprawa zostanie rozpatrzona przez Radę Europejską” — cokolwiek to znaczy. Szokiem dla unijnych ideologów stał się fakt, że „napotkały trudności” dwa filary Unii Europejskiej z jej twardego jądra, czyli Francja i Holandia.
Zaskoczeni rozwojem sytuacji przywódcy UE zarządzili roczny (właśnie upływający) okres „refleksji” nad Konstytucją dla Europy, co oznaczało zamrożenie ratyfikacji w kolejnych państwach „podejrzanych” o jej odrzucenie. Należą do nich: przede wszystkim Wielka Brytania, mająca zawsze problemy integracyjne, Irlandia, cała sceptyczna Skandynawia, a spośród nowych członków — Czechy i Polska. Po jesiennych wyborach nasz kraj przeniósł się z kategorii konstytucyjnych sceptyków do grupy jednoznacznie odrzucającej traktat w wersji podpisanej w Rzymie — deklaracje prezydenta Lecha Kaczyńskiego w tej sprawie nie pozostawiają wątpliwości.
Brukselski szczyt potwierdzi polaryzację stanowisk, ponieważ ta większość państw UE, która już załatwiła ratyfikację (na ogół drogą parlamentarną) nie godzi się na uznawanie Konstytucji dla Europy za martwą. W tej patowej sytuacji typowo unijnym rozwiązaniem stanie się przedłużenie okresu refleksji o następny rok. Notabene już zaczęła się prestiżowa rywalizacja pary wielkich unijnych przyjaciół, Niemiec i Francji. Kanclerz Angela Merkel zamierza wykorzystać niemiecką prezydencję w pierwszym półroczu 2007, aby na jej podsumowanie, czyli dokładnie za rok, losy Konstytucji dla Europy zostały jakoś rozstrzygnięte. Prezydent Jacques Chirac zrobi wszystko, aby śmietankę spiła dopiero Francja podczas swojej prezydencji w drugim półroczu 2008 — chociaż on będzie już wtedy na emeryturze.
Jeśli dodatkowy czas na refleksję zejdzie politykom UE tak „twórczo” jak ten właśnie upływający — za rok o tej samej porze Konstytucja dla Europy pozostanie w tym samym punkcie. I wcale nie będzie to takie złe rozwiązanie...