Od czasów Napoleona do wejścia mebli IKEA pod strzechy minęło ponad półtora stulecia. Co było pomiędzy? Odpowiedź mogłaby brzmieć — biedermeier. Choć rozwój sztuki, kultury i stylu określonego tym terminem datuje się na lata 1815-48, a więc od zakończenia wojen napoleońskich do europejskiej Wiosny Ludów, to — jak uważają twórcy nowej wystawy w Muzeum Narodowym pt. „Biedermeier”, która zostanie otwarta w tym tygodniu — w środkowowschodniej Europie, w tym Polsce, przetrwał on znacznie dłużej. Głównie w sztuce użytkowej, "stylowych" meblach i przedmiotach, którymi otaczała się klasa średnia.




— Rzadko można spotkać wnętrza, gdzie nie ma czegoś „biedermeierowskiego”. Chyba dopiero IKEA wyparła ten styl z naszego otoczenia — powiedziała podczas konferencji otwierającej wystawę Agnieszka Morawińska, dyrektor Muzeum Narodowego.
Zapewne mało który Polak zna ten termin, ale — jak podkreślają twórcy wystawy — do dzisiaj myśląc o sztuce biedermeier, często postrzegamy ją po prostu jako styl naszych prababć i pradziadków. Styl, obecny nie tylko w architekturze wnętrz, ale też w kulturze, obyczajowości, muzyce, malarstwie, literaturze, a nawet polityce minionych epok, nazywany jest „udomowionym romantyzmem” albo „niższym poziomem romantyzmu”. Może dlatego, z jego odwołaniami do patriotyzmu i mieszczańskiej sielankowości, biedermeier był tak bliski Polakom, choć wywodzi się z Niemczech i Austrii (ma odpowiedniki w sztuce Anglii, Francji i USA tamtego okresu).
— Terytorialnie wiązano go z krajami niemieckimi i Danią, która przeżywała wówczas złoty wiek w malarstwie, jednak wpływ biedermeieru był znacznie szerszy — sięgał Polski, Czech, Węgier i Rosji, gdzie wykształciły się lokalne odmiany, zachowujące żywotność wielokrotnie dłużej aniżeli w ośrodkach centralnych — tłumaczą Anna Kozak i Agnieszka Rosales Rodrigue, kuratorki wystawy.
Wiąże się go z XIX-wieczną klasą średnią, a więc bogatymi rodzinami zamieszkującymi ówczesne miasta — od Wiednia, przez Warszawę i Kraków, po Lwów, a nawet dalsze. Na biedermeier mógł sobie pozwolić ten, kogo było stać. Czasem traktowany jest wręcz jako synonim kultury mieszczańskiej, w późniejszych czasach kojarzonej z kołtuństwem i oportunizmem. Charakteryzuje się „wyrafinowaną prostotą i funkcjonalnością” (np. mebel, który mógł pełnić jednocześnie kilka funkcji), podkreślają znawcy historii sztuki, ale te „mieszczańskie gusta” przez stulecia były obecne też w ziemiańskich dworkach, a także na dworach, w pałacach i rezydencjach arystokratów. Nawet artyści w PRL-u odwoływali się jeszcze do kanonów stylu biedermeier. Największy ślad biedermeier zostawił w historii meblarstwa i sztuki użytkowej. Na wystawie są więc — obok zamkniętych w dużych, złoconych ramach obrazów, przedstawiających krajobrazy, portrety i życie rodzinne — zobaczymy zastawy stołowe, biżuterię, stroje, haftowane portfele, spluwaczki, kanapy czy podróżny fortepian, a nawet dziecięce kołyski. To romantyzm zamknięty w prostej formie — w podstawce do wykałaczek w kształcie jeża, "uroczych bibelotach" i króliku wśród kwiatów namalowanym na porcelanowym talerzu.
Zwiedzając ją, można sobie też wyobrazić, jak wyglądał dzień z życia mieszczańskiej rodziny, w której lepiej, aby „niewiasta nie umiała pisać, niż aby nie umiała lub nie lubiła cerować”. Dzisiaj te przedmioty są warte więcej niż zwyczajne antyki. Ile dokładnie? Tego kuratorzy nie ujawniają — odwiedzający Muzeum Narodowe będą musieli się zadowolić tylko informacją na temat pochodzenia i funkcji eksponatów. Ponad 400 przedmiotów zostało sprowadzonych do Warszawy z muzeów w całej Polsce, a także z rezydencji, pałaców, a nawet prywatnych domów.
— Jestem przekonana, że wystawa będzie miała wielkie powodzenie wśród publiczności, głównie ze względów sentymentalnych — uważa Agnieszka Morawińska. Wystawa „Biedermeier” startuje 5 września, potrwa do 7 stycznia.
