Oczywiście Sejm w pierwszym kroku wybrał posła PiS Bartłomieja Wróblewskiego, stosunkiem 240:201, przy 11 wstrzymujących się i 8 nieobecnych. Kandydat deklaruje, że do połowy maja spróbuje przeciągnąć na swoją stronę choćby 2-3 senatorów spoza PiS-owskiej mniejszości w drugiej izbie. Jednak sam w to nie wierzy, będzie wykonywał podchody, lecz wynik finalnego głosowania Senatu także jest oczywisty – kolejny poseł PiS zostanie odrzucony jak poprzedni, Piotr Wawrzyk. Bardzo ważna jest okoliczność, że np. ewentualny remis 50:50 to za mało, pozytywna uchwała nie zostanie podjęta. W odróżnieniu od Senatu amerykańskiego u nas nie włącza się w razie remisu wiceprezydent jako arbiter, którego głos rozstrzyga. Bartłomiej Wróblewski musi uzyskać przewagę 51:49 (odpowiednio obniżoną w razie jakichś nieobecności, ale Senat raczej zagłosuje w komplecie). Paradoksalnie szanse ma nawet mniejsze niż wspomniany poprzednik, albowiem bardzo go obciąża aktywne współautorstwo wniosku do Trybunału Konstytucyjnego, którego skutkiem stało się zerwanie 27-letniego kompromisu aborcyjnego. Wspomnienie wielotysięcznych niepokojów społecznych z jesieni 2020 r. wyklucza, aby to właśnie ich współinicjator mógł sprawować mandat RPO ponad podziałami.
W tym kontekście ciekawie zapowiada się wykonanie zalecenia TK, aby pilnie usunięto kilka ustawowych niezgodności z Konstytucją RP. Przez 24 lata możliwość automatycznego przedłużania urzędowania – w razie niewybrania następcy – uważano za ogromną zaletę, przeciwdziałającą sparaliżowaniu ważnych stanowisk państwowych. Zakwestionowany obecnie przez TK przepis o przeciągnięciu kadencji zawiera nie tylko ustawa o RPO, lecz kilka innych, w tym o Najwyższej Izbie Kontroli (NIK) oraz o Narodowym Banku Polskim (NBP). A zatem wymyślony na poczekaniu przez władców pomysł jakiejś protezy musi identycznie uregulować sytuację zarówno RPO, jak też prezesów NIK i NBP. Pierwsza kwestia jest bardzo pilna, szef NIK ma zaś jeszcze do końca kadencji dużo czasu, chyba że w konflikcie Mariana Banasia z PiS nastąpi jakiś nagły zwrot. Natomiast już bardzo konkretnie na horyzoncie pojawia się koniec kadencji prezesa NBP.

Konstytucja RP przy obsadzaniu szefa banku centralnego wymaga także współdziałania dwóch organów. Ale akurat nie Sejmu i Senatu, lecz prezydenta RP i Sejmu. Izba poselska nie wybiera spośród kilku kandydatów, lecz głosuje tak/nie nad jednym zgłoszonym przez głowę państwa. Na szczęście dla stabilności polskich finansów publicznych, w całej historii III RP tylko raz zdarzyła się niespójność między oboma organami. W 1992 r. zgłoszona przez Lecha Wałęsę kandydatka Hanna Gronkiewicz-Waltz za pierwszym razem nie przeszła, ponieważ Sejm uznał, że została podrzucona przez Lecha Falandysza. Nie poparli jej nawet… liberałowie Donalda Tuska. Ale po negocjacjach w ponownym głosowaniu mało znana wtedy prezes została zaakceptowana. Przez następne trzy dekady NBP miał szczęście, zgodność opinii prezydentów oraz składów Sejmu udawało się osiągnąć, chociaż czasem ledwie, ledwie. W perspektywie roku 2022 sytuacja jest jasna – jeśli Sejm dotrwa, to prezes Adam Glapiński oczywiście otrzyma drugą kadencję, ale jeśli odbędą się wcześniejsze wybory i PiS utraci samodzielną większość, to… Właśnie dlatego potraktowanie równą miarką przepisów kadencyjnych na sytuację „w razie czego” musi objąć zarówno RPO, jak też NIK oraz NBP.