Rozwarcie nożyc iluzji i konkretów

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2025-12-29 17:34

Interesy prezydentów Ukrainy i Stanów Zjednoczonych w kwestii zakończenia zbrodniczej agresji Rosji są i będą rozbieżne.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Dwugodzinne spotkanie Donalda Trumpa i Wołodymyra Zełenskiego w prywatnej rezydencji gospodarza w Palm Beach na Florydzie na pewno zapisze się w kronikach polityki międzynarodowej. Niestety, nie z powodu przełomowej skuteczności, lecz odwrotnie — szerokiego rozwarcia się nożyc między deklaracjami i iluzjami a konkretami i faktami, realnie przybliżającymi perspektywę choćby rozejmu w trwającej już prawie cztery lata agresji Rosji na Ukrainę. Interesy obu prezydentów są i będą całkowicie rozbieżne. Wołodymyr Zełenski chwyta się każdej deski ratunkowej, jego osiągnięciem jest niezapominanie przez Zachód o tragedii umęczonego wojną państwa. Sukcesem jego bytności w Mar-a-Lago stała się wizerunkowa okoliczność, że rozkapryszony gospodarz tym razem nie poniżył go publicznie jak w lutym w Gabinecie Owalnym — rozmawiano w atmosferze znośnej. Donald Trump coraz bardziej owładnięty jest narkotycznym wręcz łaknieniem pokojowego Nobla, zaś drugim jego celem jest zrobienie na zbrodniach Rosji wielkiego biznesu.

Sztandarowy przykład to wyciąganie przez Trumpa rąk po Zaporoską Elektrownię Jądrową. Największa atomówka w Europie, zbudowana przez Związek Radziecki w latach 1981-1989, została zagarnięta przez Rosję w marcu 2022 r., w pierwszych dniach wojny. Władimir Putin stwierdził, że potężna elektrownia (sześć reaktorów po 950 MW) należy nie do ukraińskiego Energoatomu, lecz do Rosatomu i nigdy jej z rąk nie wypuści, chociaż reaktory pozostają wyłączone. Pomysł Trumpa, by warta miliardy atomówka była wspólnie zarządzana przez Ukrainę, Rosję i Stany Zjednoczone — pełniące rolę głównego nadzorcy — to mrzonka. Kijów z konieczności dopuściłby jakąś spółkę z Waszyngtonem jako gwarantem bezpieczeństwa elektrowni, natomiast Kreml traktuje ją jako swoje wyłączne trofeum należne mu z czasów radzieckich.

Niedzielny szczyt podobno doprowadził do uzgodnienia 90 proc. porozumienia, pozostały jeszcze drobiazgi. Przynajmniej tak twierdzi pośrednik, czyli 47. prezydent USA, a przecież stronami mają być Ukraina i Rosja. Car Kremla absolutną większość 20-punktowego planu pokojowego będącego podstawą rozmów w Mar-a-Lago z definicji wyrzuca do kosza. Biegunowo różnią się choćby postulaty terytorialne obu stron. Ukraina oczekuje, że w czterech obwodach — ługańskim, donieckim, zaporoskim i chersońskim — obecna linia frontu stanie się linią rozejmową, zaś wojska rosyjskie opuszczą zagarnięte części czterech innych obwodów: dniepropietrowskiego, mikołajowskiego, sumskiego i charkowskiego. Rosja żąda odwrotnie. Otóż wojska ukraińskie mają opuścić resztki obwodów ługańskiego i donieckiego (które w konstytucji rosyjskiej są od czterech lat republikami), zaś w pozostałych linia frontu stałaby się rozejmową. Poza tym dla Kremla absolutnie wykluczone jest przewidziane przez Kijów stacjonowanie na linii rozejmowej sił międzynarodowych.

Odrzucanych przez Putina grubych punktów jest w ukraińskim planie wiele. Rosja zapewne zgodziłaby się na wymianę wojskowych jeńców w trybie wszyscy za wszystkich. Natomiast wyklucza uwolnienie zatrzymanych cywilów, w tym więźniów politycznych i dzieci. Uprowadzanie i rusyfikowanie ukraińskich dzieci to przecież cały państwowy przemysł. Niektóre propozycje zdumiewają z innych przyczyn. Porozumienie miałoby prawnie być wiążące pod nadzorem jakiejś rady pokoju kierowanej przez… tak, tak, Donalda Trumpa. Sygnatariuszami byłyby Ukraina, Rosja, USA, NATO i Europa — ten ostatni twór to kto? Nie pada tutaj nazwa Unia Europejska, tak obrzydliwa dla Donalda Trumpa. Ciekawe, że w innym punkcie znalazł się zapis, iż Ukraina zostanie członkiem UE w jasno określonym terminie (chodziłoby o rok 2027 lub najdalej 2028) i otrzyma krótkoterminowy preferencyjny dostęp do rynku europejskiego. Ustalenia unijne w planie uzgadnianym i akceptowanym przez prezydenta USA to jednak niedorzeczność.