Rubel najmocniejszy w portfelu

opublikowano: 08-02-2018, 22:00

Kurs rubla dojdzie do kilkunastu tysięcy złotych? Aukcja numizmatów potrwa od 10 do 12 lutego, więc prawdziwe czary zobaczymy przynajmniej cztery razy

Sztuczka nr 1: znikający banknot

Gdyby magik wyciągnął przed siebie otwarte dłonie i na jednej leżałyby papierowe trzy ruble, a na drugiej pierwszy w historii banknot polski, po który sięgnąłby inwestor? Jak pokazują obserwacje rynku, sentyment nie zawsze podpowiada, jak najtrafniej zainwestować, bo w przypadku numizmatów podstawowym kryterium jest rzadkość, a nie duma narodowa.

— Pierwsze polskie banknoty pojawiły się w okresie insurekcji kościuszkowskiej i były ściśle związane z finansowaniem powstania. Z uwagi na to, że pieniądz papierowy nie ma wartości kruszcu jak moneta, z upadkiem emitenta staje się wyłącznie pamiątką, i to powszechną. W przypadku trzech rubli emitentem był natomiast rząd carski, który zdecydował ten pieniądz wycofać, zapewniając długi okres wymiany i skutecznie ściągając go z rynku pieniężnego, tym samym ograniczając późniejszą podaż — komentuje Damian Marciniak z Gabinetu Numizmatycznego, który organizuje nadchodzącą trzydniową aukcję. „Trzy ruble srebrem” — czytamy więc na delikatnym papierze, zauważając od razu, że egzemplarz z 1841 r. opisany jest nie tylko cyrylicą, ale też po polsku. Wraz z nasilaniem się rusyfikacji banknoty z ojczyźnianymi śladami zostały jednak wycofane — a że ich wartość nabywcza była ówcześnie wysoka, mało kto z możliwą wymianą zwlekał. Cena wywoławcza osamotnionego egzemplarza to wobec tego 16 tys. zł, a — jak podaje katalog — rublowe emisje Królestwa Polskiego stanowią dla kolekcjonerów najambitniejszy okres, bo papier delikatności pergaminu prawie nigdy nie trafia na rynek w tak troskliwie zachowanym stanie, w jakim trafi w sobotę.

Sztuczka nr 2: niewidoczny atrament

Gdyby blisko sto lat temu istniały czarodziejskie flamastry, autor projektu banknotu nie byłby w opałach, ale też współczesny inwestor nigdy nie odkryłby jego sekretu. Dziesięciozłotówka, która wystawiona zostanie na tę samą aukcję co trzy ruble, nie jest tak naprawdę żadnym drukiem, tylko autentycznym wzorem, szkicowanym ołówkiem i podmalowanym farbami przez artystę. Awers i rewers — opracowane w skali większej kartki — powstały w 1919 r., a sygnatura wskazuje francuskiego autora o nazwisku Giraldon, który zamknął w banknocie swoją drobną tajemnicę. W pierwotnej wersji projektu pojawił się błąd w pisowni nominału, dlatego omyłkowe „dezcy” trzeba było jak najstaranniej zakleić karteczką z napisem „dziesięć” — korekta widoczna jest tylko z tyłu, dodając zagadkowości i tak już unikatowemu zabytkowi. Jak podaje katalog, obiekt pochodzi z aukcji archiwów drukarskich z Francji, a jego obecna cena wywoławcza to 6 tys. zł — próg wejścia jest więc niższy niż dla następnego przykładu z katalogu, wbrew przesądom, trzynastokrotnie.

Sztuczka nr 3: srebrny przekręt

Wszelkim przesądom położy kres moneta, której potencjał inwestycyjny rośnie wbrew temu, że cała emisja ma u podłoża przemyślane kłamstwo. Unikatowy tymf Jana Kazimierza z 1664 r. ma cenę wywoławczą 80 tys. zł i czytelny napis „XXX GRO POL”, wskazujący nominał trzydziestu groszy. Trik rządzących polegał jednak na tym, że taki kurs nadano tymfowi przymusowo, bo samego srebra było w nim nie za 30 gr, tylko za kilkanaście, co miało znacząco wspomóc wycieńczone na wielu frontach państwo. Docelowo moneta o sztucznie zawyżonej wartości miała srebra za 12 gr i wybity na awersie monogram królewski, tymczasem wystawiony egzemplarz oznaczony jest takim samym nominałem, mimo że jest wyraźnie okazalszy i przedstawia drobiazgowo opracowane królewskie popiersie. — W XVII-wiecznym mennictwie nie było praktyki wybijania monety próbnej, dlatego jeśli emisja okazała się nieodpowiednia, monety trafiały z powrotem do tygla. Tymf z portretem króla prawdopodobnie w ogóle nie trafił do obiegu, bo uznano, że skoro wartość srebra i tak miała być zaniżona w stosunku do nominalnej — 30 gr — to można jeszcze bardziej ją zaniżyć, ostatecznie zostawiając 12 gr wartości kruszcu. Jeśli więc cięższe i wartościowsze okazy z popiersiem jakoś przeniknęłyby do obiegu, i tak zostałyby wyłowione w myśl zasady, że pieniądz gorszy wypiera lepszy. Wystawiona pozycja nie jest obecna w żadnych znanych zbiorach, dlatego pojawienie się jej na aukcji jest wydarzeniem jednostkowym — komentuje Damian Marciniak, wspominając, że jedyna wzmianka o monecie zachowała się w inwentarzu zbioru Radziwiłłowskiego z początków XIX wieku. A w głębi takich kolekcji kryją się historie, które może zdradzić tylko następna pozycja, pamiętająca małą zbrodnię wyrządzoną na lustrze.

Sztuczka nr 4: archiwum X

Dziesięć dukatów okazało się mieć pamięć doskonałą, dlatego pełen respektu rynek godzi się na cenę wywoławczą 125 tys. zł tak samo, jak przymyka oko na pewien tajemniczy i celowy układ rys. Wystawiony egzemplarz jest tak wysokiego nominału, że zamiast monety używa się zwykle nazwy donatywa, bo nie służył do płatności codziennych, tylko do regulowania transakcji międzynarodowych albo honorowania zasłużonych. Misternie wykonanym stemplem wybito popiersie króla Władysława IV Wazy — w koronie i zbroi oddanej co do kunsztownych zwieńczeń mankietów, a także z berłem, królewskim jabłkiem i Orderem Złotego Runa na piersi. Na rewersie natomiast pyszni się panorama Gdańska z większością znaczących zabytków, chociaż też niestroniąca od użycia czarów — nad miastem z wieńca obłoków wyłaniają się cztery dłonie, a umieszczoną pod spodem tarczę herbową podtrzymuje para lwów. Pod palcem wyczuwamy wały okalające miasto, bramę więzienną, wieże ratusza i gdańskich kościołów, podczas gdy z drugiej strony tej pocztówki czeka archiwalna zagadka.

— Dziesięciodukatowe donatywy najczęściej traktowano jako ozdoby i wieszano na szyi, stąd podaż takich nieuszkodzonych w ten sposób jest rzeczywiście znikoma. Wystawiony egzemplarz nie wyświecił się od ocierania o ubranie, bo przechowywany był zapewne w skarbcu magnackim. Kiedy ktoś robił w nim inwentarz, wyrył w miękkim złocie lustra „X”, czyli ilość dukatów, żeby nie musieć ważyć donatywy za każdym razem — komentuje Damian Marciniak, za przysłowiową niewiadomą X podstawiając dziesięć.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Rubel najmocniejszy w portfelu