RUM: zanim uzdrowił, sam zachorował Informatyzacja

Katarzyna Kapczyńska
opublikowano: 2008-11-20 00:00

Julia Pitera zbada, czy ktoś ustawia przetargi na informatyzację służby zdrowia. Do wydania jest 750 mln zł.

Julia Pitera zbada, czy ktoś ustawia przetargi na informatyzację służby zdrowia. Do wydania jest 750 mln zł.

Wkrótce ruszy kompleksowa informatyzacja służby zdrowia, na którą mamy z Unii niebagatelną sumę — prawie 200 mln EUR (750 mln zł). Tymczasem w Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia (CSIOZ), odpowiedzialnym za to z ramienia Ministerstwa Zdrowia, pachnie aferą z ustawianiem przetargów. Działaniami urzędników tej instytucji zainteresowała się Julia Pitera, pełnomocnik rządu ds. korupcji. Sprawę bada też Urząd Zamówień Publicznych (UZP), a wkrótce wezmą ją zapewne pod lupę organy śledcze. W tle natomiast trwa wojna wicedyrektora CSIOZ, jednocześnie prezesującego prywatnej spółce, z kierownikiem CSIOZ, który korespondował z jednym z oferentów w przetargach.

Tańcowały dwa Michały

Awantura rozpoczęła się od artykułu w branżowym piśmie "Służba Zdrowia" ("SZ"), które opisało jeden z przetargów na usługi doradcze dla CSIOZ. "SZ" zasugerowała m.in., że przetarg nie jest czysty i został skrytykowany przez ekspertów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji (MSWiA). Ponadto napisała, że Adam Koprowski, wicedyrektor CSIOZ, jest jednocześnie… prezesem Instytutu Rozwoju Telemedycyny, spółki komercyjnej prowadzącej działalność doradczą w zakresie sprzętu komputerowego i oprogramowania.

— Zażądałam od Ministerstwa Zdrowia wyjaśnień dotyczących przetargu i dyrektora. Absolutnie nie powinna zdarzyć się sytuacja, że urzędnik państwowy prowadzi jednocześnie spółkę prywatną w tym samym obszarze. To ewidentnie rodzi konflikt interesów — mówi Julia Pitera.

Adam Koprowski widnieje w Krajowym Rejestrze Sądowym jako współwłaściciel i prezes tej spółki od 2002 r. Tłumaczy jednak, że firma nigdy nie została uruchomiona, nie prowadziła działalności i nie brała udziału w żadnych przetargach publicznych. Zdaniem Julii Pitery, to go nie tłumaczy.

— Spółka albo jest, albo jej nie ma. W Polsce nie jest problemem wyrejestrowanie spółki — uzasadnia pełnomocnik rządu.

Wicedyrektor CSIOZ twierdzi, że nie miał konfliktu interesów, nie próbował też lobbować za żadnymi rozwiązaniami czy firmami. Zapewnia o swojej uczciwości. Uważa, że cała sprawa jest zemstą pracownika — byłego kierownika projektu w CSIOZ.

— Został zwolniony dyscyplinarnie za poważne nieprawidłowości w dokumentacji. Próbował podsunąć mi fakturę na 10 mln zł za usługi, które jeszcze nie zostały wykonane — mówi Adam Koprowski.

Ponadto już po zwolnieniu kierownika na jego służbowym komputerze znalazł korespondencję mejlową świadczącą o nieuprawnionych kontaktach z oferentami w przetargach.

— Jedna z firm przesyłała mu nawet wypełnione wnioski o dofinansowanie, pisane w imieniu CSIOZ — twierdzi dyrektor.

Nie wiadomo, dlaczego dyrekcja CSIOZ nie zawiadomiła o tym prokuratury.

— Postawione mi zarzuty są nieprawdziwe i bardzo krzywdzące. Dlatego odwołałem się do sądu. Jestem przekonany, że sprawa zakończy się po mojej myśli — odpowiada zwolniony kierownik.

Wojna podjazdowa

Teraz sprawą zapewne zajmą się organy ścigania. Pytanie tylko, czy prokuratorzy będą ścigać kierownika czy dyrektora (a może obydwu). Przetargi w CSIOZ zostaną też skontrolowane przez UZP.

— Prowadzimy kontrolę jednego z zamówień CSIOZ — przyznaje Anita Wichniak-Olczak, rzecznik UZP.

Najgorsze jest to, że cała awantura spowoduje opóźnienia w uruchomieniu informatyzacji. Kluczowa inwestycja CSIOZ to rejestr usług medycznych (RUM). Miał powstać już wiele lat temu. O formę informatyzacji ścierają się potężne lobby farmaceutyczne, lekarskie i informatyczne. W 2003 r. powołano nawet specjalną spółkę, która miała stworzyć taki system z pieniędzy offsetowych (tych od zakupu samolotów F-16). Szacowano wówczas, że jego wdrożenie będzie kosztować do 1 mld zł i pozwoli zaoszczędzić budżetowi 2,5 mld zł rocznie. Gdyby te szacunki wziąć poważnie, to od 2003 r. budżet stracił już 15 mld zł.

— Dzięki sprawnemu RUM nie dochodziłoby do przekrętów przy usługach medycznych. Taki system zwróciłby się błyskawicznie, ale godzi w interesy wielu silnych grup, dlatego jest taki problem z jego stworzeniem. Nie brakuje głosów, że RUM nigdy nie powstanie — mówi osoba pracująca od lat przy informatyzacji służby zdrowia.

Stabilizacja na rynku stalowych wyrobów nie potrwała długo. Ceny nadal pikują, ale firmy wieszczą koniec spadków.

Stalowy rynek jest pełen niespodzianek. Jeszcze w połowie roku ceny hutniczych wyrobów biły rekordy, by w III kw. z hukiem spadać. Ale na początku tego kwartału producenci zagrozili cięciami produkcji i lawinowe spadki zostały zatrzymane. Nie na długo. Stal znów tanieje. Bywa że ceny prętów budowlanych spadają tygodniowo nawet o ponad 5 proc. Obecnie tona kosztuje 1,64-1,9 tys. zł i podobno tańsza już nie będzie.

— Wyroby stalowe dla budownictwa już nie powinny tanieć. Producenci — nie tylko polscy, ale także zagraniczni — już od 1 grudnia zapowiedzieli podwyżki. Trzeba na nie patrzeć przez pryzmat wzrostu kosztów produkcji — mówi Robert Wojdyna, prezes Konsorcjum Stali.

Stal budowlaną wytapia się ze złomu, a ten ostatnio mocno taniał, aż wreszcie jego dostawcy powiedzieli "dość". Drożeć ma też energia, a w hutach produkujących stal budowlaną zazwyczaj działają piece elektryczne.

— Ceny prętów zbrojeniowych już osiągnęły dno. Myślę, że jeszcze nieco mogą spaść ceny blach — zwłaszcza zimnowalcowanych — uważa Grzegorz Dołkowski, wiceprezes Drozapolu Profil.

Jego zdaniem, ceny wyrobów dla budownictwa nie będą już spadać, bo choć pogorszyła się koniunktura w deweloperce, to coraz lepiej z inwestycjami infrastrukturalnymi (drogi, stadiony itp.).

Mogą natomiast tanieć blachy, bo kłopoty mają ich konsumenci — motoryzacja i AGD. Jednak nie uderzy to w polskich dystrybutorów, bo firmy samochodowe i producenci AGD zaopatrują się bezpośrednio u wytwórców stali, i to niekoniecznie polskich.

Jeszcze niedawno producenci starali się wyeliminować dystrybutorów z pośrednictwa w dostawach na rynek stali budowlanej. Dobrze, że tego nie zrobili, bo przy obecnym spadku cen dilerzy stali się dla nich pożądanym partnerem, choćby dlatego, że łatwiej im, niż producentom, upłynniać zapasy i dywersyfikować odbiorców.

Robert Wojdyna uważa, że producenci i dystrybutorzy powinni zawierać długoterminowe umowy na dostawy, bo to pozwoliłoby złagodzić cenowe zawirowania na rynku.