Ryba psuje się od... ceny

Gwiazda łososia gaśnie na krajowym rynku. Makrela też miewa się słabo. Obie po prostu drożeją na potęgę.

Pierwsza krajowa trójka pod względem spożycia to mintaj, śledź i makrela. Jeszcze niedawno do ścisłej czołówki aspirował łosoś, ale kolejne miesiące podwyżek przyniosły spektakularny ponad 30-procentowy spadek spożycia — według Krzysztofa Hryszki z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej (IERIGŻ) z 0,72 kg na mieszkańca w 2017 r. do 0,49 kg w zeszłym. Makrela zyskała w tym czasie prawie 10 proc., ale to raczej koniec, bo kolejny wzrost ceny jest nieubłagany.

Granica

— Dla polskiego przetwórstwa makrela jest ważnym surowcem i istotne jest pytanie o granicę akceptacji ceny przez konsumentów — mówi Bogusław Kowalski, szef Graala.

— Makrela to jedna z ważniejszych ryb pod względem wielkości spożycia. Importujemy ją głównie z Holandii, Islandii, Norwegii i Wysp Owczych i przetwarzamy na konserwy, wędzimy oraz wykorzystujemy do produkcji past, sałatek i wyrobów garmażeryjnych. W przypadku tych pierwszych produkcja wzrosła w latach 2014-18 o 80 proc., a więc znacząco. Wiadomo, że kwoty połowowe będą w tym roku o 20 proc. mniejsze niż w zeszłym, w którym już i tak ryba drożała. Należy więc spodziewać dalszego wzrostu cen — dodaje Krzysztof Hryszko.

Z czołową dla naszych przetwórców inną rybą też nie jest za dobrze. Łosoś wprawdzie stracił znaczenie na rynku krajowym, ale jesteśmy kluczowym jego dostawcą i największym odbiorcą surowca z Norwegi. W zeszłym roku nabyliśmy go o 14 proc. więcej niż rok wcześniej (kiedy import się zmniejszył z powodu wysokich cen).

— Po chwili spokoju znowu zaczęła się huśtawka cenowa — w ciągu 10 dni łosoś zdrożał o 20 proc. Prognozy na cały rok są wprawdzie bardzo korzystne, ale to ryba, która podlega dużej spekulacji i nie sposób cokolwiek przewidzieć, co jest bardzo niekorzystne dla biznesu. Łatwiej jest z makrelą — znamy kwoty połowowe i po prostu wiemy, że będzie jej mniej, więc będzie droższa — tłumaczy Bogusław Kowalski.

Poślizg

Reakcja handlu, a zatem także konsumentów jest zawsze spóźniona.

— Nie jesteśmy w stanie przełożyć od razu wyższych cen surowca na kontrakty z sieciami. Są one renegocjowane po jakimś czasie, więc ceny na półce też zmieniają się po iluś miesiącach, a klienci też długo przyzwyczają się do nowych cen. Spadek spożycia jest relatywnie szybki, odbudowa długa — dodaje prezes Graala.

Zjazd, i to na dłuższy czas, zaliczył już kiedyś w historii tuńczyk — w zeszłym roku popyt na niego się już odbudowywał. Krzysztof Hryszko mówi o spożyciu w Polsce na poziomie 0,54 kg na osobę wobec 0,47 kg rok wcześniej.

— Pod koniec 2018 r. tuńczyk miał bardzo korzystną cenę, teraz pojawiają się informacje o tym, iż połowy będą mniejsze, co znowu będzie oznaczało spełnienie znanego już schematu — wzrost ceny i spadek konsumpcji — mówi Bogusław Kowalski.

Która ryba może na tym zyskać?

— Może śledź, może mintaj, a może bogacące się społeczeństwo zaakceptuje podwyżki — dodaje szef Graala.

W zeszłym roku „zwycięzcą” rybnych przetasowań był czarniak, zwany czarnym dorszem. Jego spożycie nad Wisłą urosło o ponad 86 proc.

— Był po prostu dostępny, szerzej pojawił się też w kanale HoReCa [restauracjach, hotelach itd. — red.] — podkreśla Bogusław Kowalski.

Lekko drgnęła też łączna konsumpcja ryb i owoców morza — z 12,11 kg do 12,26 kg na mieszkańca. To jednak poziom, z którego nie jesteśmy w stanie mocniej wybić się od lat. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michalina Szczepańska

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy