Rybacy są przekonani, że po wejściu naszego kraju do Wspólnoty po prostu nie wytrzymają konkurencji z rybakami z państw skandynawskich.
Rybacy nie kryją niezadowolenia z wyników negocjacji. Niemal za zdradę uznano wycofanie się z pięcioletniego okresu przejściowego na połowy w polskiej wyłącznej strefie morskiej i zamknięcie rozdziału jeszcze przed restrukturyzacją sektora i reformą wspólnej polityki rybackiej (WPR). Tymczasem — jak twierdzą rybacy — modyfikacja WPR dawała podstawy do akceptacji postulatów branży.
Zmieniając stanowisko negocjacyjne, rząd powoływał się na szerokie konsultacje ze środowiskiem rybackim. Problem w tym, że wynik rozmów nie pokrywał się ze stanowiskiem, jakie negocjatorzy zaprezentowali w Brukseli. Rozżaleni postawą rządu rybacy złożyli nawet skargę do Komisji Europejskiej. Odpowiedzi nie otrzymali. Największym zagrożeniem są dla nich nowoczesne jednostki z Danii i Szwecji. Zajmują się one głównie połowem ryb na cele paszowe, trzebiąc w zasadzie całość zasobów. Jak potocznie mówią rybacy, „unijne kutry czyszczą wszystko — dołem muszle, środkiem ryby i młody narybek, a górą mewy”. Argumentacja rządu i Brukseli, że w zamian polskie jednostki będą mogły korzystać z łowisk szwedzkich i duńskich, jest całkowicie bezzasadna, bo większość polskich kutrów tam po prostu nie dopłynie. Dodatkowe straty rybaków spowoduje brak organizacji rynku rybnego oraz możliwości odbioru złowionych ryb.
Konieczność sprostania ekonomicznej konkurencji przyczyni się do redukcji floty i zatrudnienia. Według resortu rolnictwa, w ciągu trzech lat z eksploatacji należałoby wycofać ponad 100 jednostek. Koszt takiej redukcji sięgałby około 200 mln zł. Są to jednak tylko dane szacunkowe, gdyż tak naprawdę nikt nie wie, ilu rybaków chce, a ilu będzie musiało odejść z zawodu. Nie określono także kryteriów wycofania jednostek. Osiągnięciem negocjacyjnym jest uznanie przez UE za rybę jadalną, a nie paszową, śledzia bałtyckiego i szprota i objęcie ich mechanizmami WPR.
Cała nadzieja sektora wiąże się z napływem środków strukturalnych po integracji w ramach WPR (około 111 mln EUR). Jednak pieniądze te trafią do rybaków tylko wtedy, gdy rząd przedstawi dokładny i zgodny z wytycznymi UE program ich zagospodarowania. Jak na razie do złożonego w Brukseli planu UE ma bardzo wiele zastrzeżeń. Jeżeli negocjatorom nie uda się w porę uzupełnić braków, pieniądze na restrukturyzację sektora mogą napłynąć do Polski zbyt późno. Wtedy — jak mówią rybacy — żadne euro nie pomoże branży, która jest w agonii.