Przed tygodniem inwestorzy przecierali oczy ze zdziwienia, że indeks WIG20 pokonał 2100 pkt i już ostrzyli sobie zęby na większe zyski, aż tu niespodziewanie okazało się, że w Polsce mamy kryzys polityczny. Nagle doszło do wyprzedaży, a indeks wrócił w okolice 2000 pkt. To typowa reakcja na taką sytuację. Jest jednak mały wyjątek.
Warto zauważyć, że na rynku już wcześniej panował spory pesymizm, czego dowodem był wskaźnik Wigometr i ujemna baza na marcowych kontraktach na WIG20, jaka utrzymuje się niemal od chwili pokonania przez indeks 2000 pkt. Taka sytuacja zdradza pewne wewnętrzne przeczucia, że jednak może nie ma fundamentalnych podstaw do aż tak dużych wzrostów. Dlatego też ostatniej fali wzrostów nie towarzyszyła taka euforia, jaką pamiętamy chociażby z hossy internetowej. Ponadto bardzo silny jest osąd, że dalsza zwyżka indeksu powyżej 2100 pkt jest mało prawdopodobna.
Wynika to właśnie z wewnętrznego przekonania specjalistów i inwestorów, że sytuacja wcale nie jest tak pewna i stabilna, jakby się mogło wydawać przed tygodniem. Tyle że po prostu licho zostało na jakiś czas uśpione. W tej perspektywie należy pozytywnie ocenić czwartkową zapowiedź premiera Marka Belki, że dotrwa do 5 maja i wówczas podejmie decyzję o swojej przyszłości politycznej. Taka deklaracja pozwoli nieco załagodzić sytuację, choć do stanu uśpienia nie będzie łatwo powrócić. Termin czerwcowych wyborów jest coraz bardziej prawdopodobny. Im bliżej głosowania, tym będzie więcej emocji, co wpłynie na większą zmienność rynku. Jednak problem wyborów to jedno, a prywatyzacje — drugie. Wygląda na to, że o ile kalendarz wyborów jest w miarę ustalony, o tyle nie do końca rzecz ma się podobnie z ofertami publicznymi. Tu terminy są niepewne i wiele z zaplanowanych na pierwszą połowę tego roku prywatyzacji zostanie przesuniętych na jesień. A to już jest bardzo zła wiadomość dla rynku.
Dotyczy to głównie dużych spółek, siły napędowej ostatniej fali hossy. Obietnica dużych prywatyzacji z pewnością zatrzymywała kapitał, który napłynął na GPW w związku ze sprzedażą akcji PKO BP. Tymczasem bliżej nieokreślony termin „jesień” jest już wystarczająco długi, by zagranicznym graczom opłacało się zredukować na jakiś czas zaangażowanie w polskich akcjach. Zwłaszcza że zachęca do tego atrakcyjny kurs złotego. W tej sytuacji inwestorzy giełdowi nie mogą czuć się bezpiecznie, nawet jeśli premier Marek Belka zostanie na stanowisku do maja.
Wydaje się też, iż po wyborach w najlepszym razie dojdzie do władzy centroprawica (PO-PiS), jednak pamięć inwestorów jest zdecydowanie mocniejsza niż wyborców. Oni wiedzą, że niewiele się zmieni w obrazie gospodarczym kraju, a obecna historia z premierem Markiem Belką to zwyczajna przepychanka polityczna. Zatem znów czeka nas fala uśpienia, wspieranego przez pozornie optymistyczne dane makro.