rynek shareware·u przeżywa boom

Kamil Kosiński
opublikowano: 2000-11-13 00:00

RYNEK SHAREWAREŐU PRZEŻYWA BOOM

W ostatnich miesiącach rynek sharewareŐu odnotowuje wyraźny wzrost obrotów. Polskich producentów tego typu aplikacji można jednak policzyć na palcach jednej ręki. Niszę starają się więc wypełnić dostawcy z terenów byłego ZSRR. Zainteresowanie ich ofertą ostatnio znacznie wzrosło, choć na razie sfinalizowano niewiele transakcji.

Do niedawna, legalizacją oprogramowania rozpowszechnianego przez Internet zainteresowani byli wyłącznie pasjonaci, odczuwający dyskomfort w związku z używaniem pirackich aplikacji. W ostatnich miesiącach zainteresowanie nabyciem licencji rozpowszechnianych przez sieć wyraźnie jednak wzrosło. W niektórych firmach miesięczne przychody ze sprzedaży sharewareŐu w drugiej połowie 2000 roku odpowiadają jednej trzeciej przychodów z całego roku 1999.

— Przychody firmy w roku 2000 szacuję na 200-300 tys. zł. Trudno je jeszcze dokładnie określić, ponieważ poszczególne miesiące przynoszą dość odmienne wyniki. Rekordowy był dla mnie październik 2000 roku. Przychody mojej firmy wyniosły w tym miesiącu 55 tys. zł. Dla porównania, w całym roku1999 było to niewiele ponad 150 tys. — informuje Jarosław Knypl, właściciel Studia JZK sprzedającego kilkanaście programów typu shareware.

— Do czerwca 2000 roku pracowałem jeszcze dla innej firmy, a sprzedaż sharewareŐu traktowałem jako działalność uboczną. Obroty z tej działalności rosną jednak tak szybko, że postanowiłem uczynić z niej moje główne źródło utrzymania. Planuję, że w 2000 roku moje przychody ze sprzedaży licencji na programy rozpowszechniane przez Internet przekroczą 400 tys. zł — dodaje Piotr Skulski, właściciel Centrum Rejestracji Oprogramowania, firmy pośredniczącej w legalizacji zagranicznego sharewareŐu.

Kupują oddziały

Niektórzy przedsiębiorcy z branży uważają, że popyt na shareware nakręcają głównie firmy. One bowiem składają największe zamówienia.

— 30-40 proc. moich klientów to osoby prywatne. Ich zamówienia opiewają najczęściej na 200-700 zł. Zakupów o podobnej wartości dokonują również jedno- lub dwuosobowe firmy, takie jak biura rachunkowe, gabinety lekarskie lub pracownie architektoniczne. Te dwie grupy klientów składają łącznie 60-70 proc. przychodzących do mnie zamówień. Reszta pochodzi od większych przedsiębiorstw, kupujących licencje za 1-1,5 tys. zł. Pojawiły się też pierwsze zapytania korporacji o wartości 30-40 tys. zł. Charakterystyczne jest jednak to, że duże ogólnopolskie firmy zaopatrują się w shareware w wyniku zakupów dokonywanych przez poszczególne oddziały terenowe, a nie przez centrale — opowiada Piotr Skulski.

Niektórzy przedstawiciele branży obserwują jednak większy udział klientów prywatnych w liczbie zamówień.

— Wśród moich klientów jest nieco więcej firm niż osób prywatnych, ale to symboliczna przewaga wynikająca prawdopodobnie ze specyfiki moich programów— podkreśla Rafał Płatek, właściciel firmy Cream Software, sprzedającej trzy polskie i dwa spolonizowane programy typu shareware.

Opinię, że struktura klientów zależy od specyfiki oferty potwierdzają także inni dostawcy. Zwracają oni uwagę, że pewne programy prawie zawsze kupują użytkownicy domowi, inne zaś — klienci instytucjonalni.

— Struktura klientów jest różna dla poszczególnych programów. Dla przykładu, przynoszący 30 proc. naszych przychodów i stanowiący 40 proc. realizowanych zamówień program do obliczania kosztów połączeń z Internetem, jest kupowany gównie przez osoby prywatne. Z kolei program do wystawiania przelewów prawie wyłącznie nabywają firmy — zauważa Jarosław Knypl.

Wzmożone zainteresowanie klientów programami typu shareware nie przełożyło się jednak na wzrost liczby dostawców. W Polsce działa zaledwie kilku producentów tego typu aplikacji. O wiele więcej jest firm udostępniających w sieci zwykłe wersje testowe swoich programów. Po pewnym czasie przestają one działać, a jeśli ktoś chce je nadal wykorzystywać, to musi kupić właściwie zupełnie nową aplikację, którą od podstaw instaluje się obok dotychczas używanej.

Wschód wchodzi do Polski

Niewielka liczba polskich firm produkujących shareware sprawia, że na krajowym rynku rośnie zainteresowanie oprogramowaniem zagranicznym. I to nie tylko nowymi wersjami znanych od kilku lat programów zachodnich.

— Na krajowym rynku sharewareŐu wyraźnie rośnie zainteresowanie produktami z państw powstałych na terenie byłego ZSRR. Około 10 proc. zapytań, które otrzymuję, dotyczy aplikacji z tamtego regionu. Na razie jednak nie mam tam dobrych kontaktów i realizuję około jednej trzeciej zapytań — zaznacza Piotr Skulski.

Niektórzy przedstawiciele branży sugerują, że rozwojowi polskiego sharewareŐu przeszkadzają przepisy prawa.

— Aby sprzedawać aplikacje, jej twórca musi zarejestrować działalność gospodarczą. Nie ma firm, które w zamian za część zysków zajęłyby się dystrybucją takiego oprogramowania i wypłacałyby autorom tantiemy za licencje. Tymczasem większość sharewareŐu to stosunkowo proste programy, które autorzy tworzą po powrocie ze szkoły lub pracy, a ewentualne zyski ze sprzedaży aplikacji są niewspółmierne do problemów formalnych związanych z prowadzeniem firmy — tłumaczy Rafał Płatek.

Nie wszyscy jednak podzielają tę opinię.

— Argumenty, jakoby na polskim rynku sharewareŐu działało mało dostawców ze względu na problemy ze sformalizowaniem działalności, są chybione. Kiedy zaczynałem, byłem jeszcze studentem i miałem w ofercie dwa programy dla dość specyficznej grupy odbiorców. Były to bowiem symulatory działania stacji kolejowej. Jednak jakoś mi się udało. Przede wszystkim bowiem trzeba mieć jakiś pomysł i dużo samozaparcia. Poza tym internetowe rozpowszechnianie programów w wersjach demo oznacza, że osobom, które zdecydują się na ich zakup trzeba wysłać je na płycie. To podnosi koszty, z których część przechodzi na klienta, ale część bierze też na siebie producent — podkreśla Jarosław Knypl.

Tania dystrybucja

Nawet ci, którzy narzekają na przepisy, przyznają, że dla małych firm softwareŐowych shareware jest korzystniejszy od promocji w wersjach demo.

— Zaczynałem od rozpowszechniania przez Internet wersji demonstracyjnych. Przeszedłem na shareware, ponieważ dystrybucja oprogramowania w ten sposób jest tańsza. Borykam się co prawda z nielegalnym udostępnianiem kodów do moich programów, ale są to straty nie przewyższające dodatkowych kosztów, które ponosiłem używając sieci do prezentowania wersji demo — przyznaje Rafał Płatek.

Możesz zainteresować się również: