W poniedziałek, 31 października, stało się jasne, że Jair Bolsonaro, dotychczasowy prawicowy prezydent Brazylii będzie musiał ustąpić ze stanowiska po przegranej w wyborach z Lulą da Silvą, lewicowym kandydatem, który był już głową państwa w latach 2003-2011. Kurs reala brazylijskiego umocnił się do dolara o 2,7 proc., a Bovespa, główny indeks rynku akcji, podniósł się o 0,5 proc.
Dzień później wybuchły jednak protesty, które zachwiały wizją płynnej zmiany głowy państwa. Jair Bolsonaro nie uznał bowiem publicznie wyników elekcji, co jego zwolennicy odebrali jako sygnał do wyjścia na ulice. Notowania giełdowe pozostały jednak niezachwiane - analitycy przekonywali, że to tylko chwilowy kryzys, który daje szanse na powiększenie portfela o tanie akcje. Jak na razie mają rację.
Pierwsze odbicie
Na wieść o zwycięstwie lewicowego kandydata w wyborach prezydenckich podskoczyły notowania spółek, które zarządzający kwalifikowali do “koszyka Luli” - zbioru podmiotów z sektorów mających skorzystać na realizacji postulatów Luli da Silvy. Najbardziej rosły akcje z branży edukacyjnej. Wzrost dotyczył również spółek budowlanych – nowy szef rządu zapowiedział bowiem wsparcie państwowe dla deweloperów, którzy zajmują się budową bloków mieszkalnych w biedniejszych dzielnicach. Umocniły się również kursy detalistów, ponieważ Lula planuje ekspansję fiskalną i dofinansowanie dla ubogich, co wzmocni ich siłę nabywczą.
Zmiana głowy państwa dobrze zrobiła też brazylijskiej walucie. Real umocnił się dzięki oczekiwaniom stosunkowo agresywnej polityki pieniężnej, przy ograniczonym fiskalizmie. Wiara inwestorów w realizację założeń nowego prezydenta wynika z tego, iż jego dwie poprzednie kadencje przypadły na czas Wielkiego Kryzysu Finansowego, z którym poradził sobie stosunkowo dobrze.
Chwile grozy
Brak publicznego wystąpienia Jaira Bolsonary wywołał we wtorek, 1 listopada, wiele napięć społecznych. Prawicowy polityk w przeszłości wyrażał bowiem obawy o sfałszowanie wyborów, dlatego reakcja jego zwolenników na przegraną o 2 pkt proc. była tak gwałtowna. Zablokowali oni drogi kluczowe dla transportu mięsa, zboża i nawozów. Odcięty został również dostęp do portu w Parangui.
Utrzymanie się tego stanu przez kilka dni mógłby mocno zagrozić dostępności towarów pierwszej potrzeby w sklepach w całym państwie. Problemem nie tylko był brak możliwości dostarczenia towarów - wiele ciężarówek, w tym z żywym towarem oraz mrożonkami było już w drodze, gdy doszło do protestów. Blokady uniemożliwiły im zarówno dotarcie do celu, jak i powrót do rozładowni.
Ku uldze przedsiębiorców, po dwóch dobach od zakończenia wyborów Jair Bolsonaro stanął przed kamerą. Mimo że nie pogratulował przeciwnikowi wygranej, powiedział, iż “będzie postępować zgodnie z konstytucją”, a blokady dróg są “lewicową formą protestowania”. Zapowiedział również rozpoczęcie procesu zmiany rządu. Niedługo później brazylijska policja zapowiedziała surowe kary dla wszystkich protestujących.
Bez zawahania
Mimo kryzysu, który na pierwszy rzut oka zdawał się dość poważny i mający szansę przeistoczyć się w długotrwały spór o władzę, duże instytucje finansowe nie wycofały byczych prognozy dla brazylijskich akcji. Stao się tak dlatego, że ich przewidywania nie były uzależnione od wyników wyborów - opierały się na długoterminowych fundamentach.
Według zarządzających firmy Franklin Templeton brazylijska giełda będzie sobie radzić znacznie lepiej niż jej odpowiednicy z innych państw Ameryki Południowej, a to przyciągnie lokalny kapitał. Specjaliści z BNP Paribas przekonują natomiast, że brazylijski rynek akcji wkrótce stanie się ulubieńcem inwestorów z całego świata, ponieważ jest on niezwykle tani, zważając na potencjał.

Bovespa, główny brazylijski indeks akcji, w 2021 r. był jednym z najgorszych indeksów na świecie. W tym roku podniósł się niemal 13 proc., mimo mocno niesprzyjającej sytuacji gospodarczej.
Równie optymistycznie instytucje patrzą na reala brazylijskiego - według Wells Fargo będzie on mocniejszy od jakiejkolwiek waluty w Ameryce Południowej. Dotychczasowy cykl podwyżek stóp był w Brazylii dość agresywny, co pozwoliło utrzymać inflację pod kontrolą (7 proc. we wrześniu). Obaj kandydaci na prezydenta przekonywali podczas kampanii, że nie zamierzają prędko kończyć cyklu.
