Rząd kontuzjowany

Jacek Zalewski
opublikowano: 08-02-2007, 00:00

Wśród ptaków wielkie poruszenie, ci odlatują, ci zostają, na łące stoją jak na scenie, czy też przeżyją, czy dotrwają… Nastrojowa piosenka Skaldów i Łucji Prus „W żółtych płomieniach liści”, do tekstu Agnieszki Osieckiej, jest kapitalną ilustracją sytuacji gabinetu Jarosława Kaczyńskiego. Premier od wielu tygodni popełnia grzech całkowitej nieprzewidywalności, który przez środowiska biznesowe uważany jest za najcięższy.

W związku z przeglądem resortów spekulowano najróżniejsze decyzje kadrowe, ale wczoraj trafił nas — nie tylko opinię publiczną, ale nawet polityków PiS — Dorn z jasnego nieba. Przecież jest on solą IV Rzeczypospolitej, najmocniej zabetonowanym fundamentem Prawa i Sprawiedliwości. Do wczoraj można było obstawiać każde pieniądze, że jeśli komuś przyjdzie gasić światło po rządzie Jarosława Kaczyńskiego, to właśnie Ludwikowi Dornowi — a tu rezygnacja! Co prawda, pozostał na stanowisku „gołego” wicepremiera, ale to tylko gest i kolejne potwierdzenie, że idea tańszego państwa dawno została przez PiS wyrzucona do kubła. Oczywiście partyjni propagandyści już rozpoczęli dowodzenie, że właśnie takie rozwiązanie kadrowe radykalnie podniesie efektywność budownictwa IV RP, poprawi skuteczność zarządzania na trudnym odcinku etc. Sztuczne zatrzymanie Ludwika Dorna w gabinecie Jarosława Kaczyńskiego jest sygnałem dla kompletnie skołowanego elektoratu PiS, że „towarzysze broni” bardzo się poróżnili, ale nie pożarli do końca. Naprawdę trudno uniknąć skojarzeń z powierzeniem przez Leszka Millera stanowiska wicepremiera Józefowi Oleksemu, co tamtej ekipy nie uchroniło od upadku.

Media dość licznie stawiły się wczoraj w Pałacu Prezydenckim, zwabione obietnicą premiera, że wreszcie zostaną ogłoszone zmiany kadrowe w rządzie i skończy się nerwówka, która na przykład w resortach gospodarczych od wielu tygodni paraliżuje podejmowanie wszelkich ważniejszych decyzji. Niestety, doczekaliśmy się jedynie ogłoszonej wcześniej wymiany szefa MON, a nad innymi zmianami szef rządu rozpiął (zachowując konwencję wojskową) siatkę maskującą. Wczorajszej komunikatywności Jarosława Kaczyńskiego nie powstydziłaby się agencja TASS w latach swojej świetności. Powodem pęknięcia na szczytach władzy okazały się „pewne różnice odnoszące się do sposobu koordynowania różnych przedsięwzięć” etc. A w ogóle poszło o drobiazg, „tylko” o kwestie czysto merytoryczne. To rozumowanie zdumiewające — czyli kwestie ważne to niby jakie?

Jak wiadomo, premiera niedawno dotknął pech chodzący czasem po ludziach i złamał on lewą rękę. Patrząc wczoraj z autentycznym współczuciem na biały gips Jarosława Kaczyńskiego, doszedłem do wniosku, że nie był to nieszczęśliwy wypadek, lecz zamach na przywódcę IV RP, dokonany przez wraży, śliski chodnik przed Pałacem Prezydenckim. Zamachowiec pochodził oczywiście z III RP, bo to za kadencji Lecha Wałęsy i Aleksandra Kwaśniewskiego wykonany został generalny remont gmachu i jego otoczenia.

Że co, że piszę w tym momencie banialuki? Ależ oczywiście — ale na pewno mniejsze niż te, którymi społeczeństwo karmi władza.  

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu