Akurat w kampanii wyborczej KO/PO, która jest liderem obecnie rządzącego Polską konsorcjum 15 października, właśnie obietnice na pierwsze 100 dni były dla elektoratu bardzo pociągające. Licząc od 13 grudnia 2023 r., gdy zaprzysiężeni ministrowie realnie objęli resorty, nowemu rządowi upłynęło już ponad 50 dni, czyli okres bilansowy biegnie już z górki. Niestety, jeśliby spojrzeć na tegoroczną zawartość Dziennika Ustaw, to hula tam legislacyjny wiatr. Opublikowane zostały 1 lutego tylko trzy ukończone ustawy – budżetowa, okołobudżetowa oraz króciutka nowela ustawy o szkolnictwie wyższym. Do tego jeszcze kilka zmian rozporządzeń, a cała reszta to teksty jednolite często zmienianych ponad 150 starych ustaw czy rozporządzeń. Okazują się one bardzo przydatne, zarówno prawnikom, jak też przedsiębiorcom, ale gdyby zawartość Dziennika Ustaw odcedzić z tej wody, to świeżej produkcji prawodawczej tyle co kot napłakał.
Wspomniane trzy chwalebne wyjątki ustawowe Andrzej Duda po podpisaniu skierował do Trybunału Konstytucyjnego w tzw. trybie następczym. W takiej procedurze prezydent jest wobec organu Julii Przyłębskiej zwyczajnym petentem, którego wnioski są normalnie ustawiane w kolejce. Uwzględniając okoliczności wydawania orzeczeń przez TK oraz realną wartość tego organu można uznać, że skierowane ustawy po prostu istnieją w obrocie prawnym i będą istniały, nawet jeśli organ kierowany przez tzw. odkrycie towarzyskie Jarosława Kaczyńskiego zakwestionuje ich konstytucyjność. Trzeba pamiętać, że strona rządowa dysponuje tak potężną bronią, jak… nieogłaszanie w Dzienniku Ustaw wyroków TK, które bez publikacji nie istnieją. Kiedyś taka opcja całkowicie paraliżująca trybunał wykorzystywana była przez Beatę Szydło, obecnie wcale nie jest niemożliwe skorzystanie z niej przez Donalda Tuska, jeśli wojna na szczytach państwa ekstremalnie się zaostrzy. Notabene zapowiedziane przez Andrzeja Dudę automatyczne przesyłanie do TK wszystkich ustaw po ich podpisaniu i opublikowaniu nie będzie dla konsorcjum rządowego groźne. Prawdziwym problemem stanie się dopiero wetowanie ustaw lub kierowanie ich do Julii Przyłębskiej prewencyjnie, czyli bez złożenia finalnego podpisu. Takie ustawy będzie można uznać za nieistniejące.
Na razie jednak spornego tematu nie ma, ponieważ z Sejmu niemal nic nie wychodzi. Senat od początku obecnej kadencji stał się bardzo kosztowną izbą refleksji – raczej egzystencjalnej, bo na pewno nie legislacyjnej. Aż takiej pustki w senackiej agendzie nie widziano od odtworzenia drugiej izby parlamentu w 1989 r. Marszałek Szymon Hołownia porządek obrad trwającego trzydniowego posiedzenia Sejmu zapełnił przede wszystkim pierwszymi czytaniami czekających w kolejce rozmaitych projektów obywatelskich, to odpowiednik wypełniania Dziennika Ustaw zaległościami. Nawet taki dość oczywisty – w przebiegu oraz finalnym rozstrzygnięciu – punkt jak wotum nieufności wobec Adama Bodnara, ministra sprawiedliwości, został przepchnięty na następne posiedzenie. Naprawdę trudno uniknąć wrażenia, że powodem legislacyjnego zastoju projektów autorstwa rządu jest nadchodzące, zapowiadające się dość konfrontacyjnie posiedzenie tzw. Rady Gabinetowej 13 lutego u prezydenta. Niestety, główny powód szkodliwej dla państwa wojny na górze i gróźb Andrzeja Dudy odsyłania wszystkich ustaw do Julii Przyłębskiej się na pewno nie zmieni – posłowie/nieposłowie Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik będą starali się dostać do Sejmu, w obstawie klubu PiS, podczas każdego posiedzenia.

