Zetknięcie z Rzymem nie przyniosło rozczarowania, mimo że okazał się inny od miasta z moich marzeń. Szybko przekonaliśmy się z mężem, że wymaga cierpliwości, odporności psychicznej (zwłaszcza na decybele), a przede wszystkim... kondycji.
Dobry początek. W upalny dzień, szukając ochłody w małej lodziarni, natknęliśmy się na dwójkę sympatycznych Polaków, studentów architektury z Krakowa, pasjonatów sztuki. Rozmowa przy lodach zaowocowała wspólnym zwiedzaniem Rzymu. Poza turystyczną rutyną, taką jak Forum Romanum czy Panteon, naszych młodych przewodników interesowały kościoły. O każdym byli gotowi opowiadać praktycznie bez końca.
Ponieważ działo się to przed kilkunastu laty, w naszych głowach pozostało ogólne wrażenie bogactwa dzieł sztuki i wielkich nazwisk. Utrwaliło się jednak w pamięci jedno miejsce, do którego w następnych latach chętnie wracaliśmy — bazylika św. Piotra w Okowach (in Vincoli).
Znacznie skromniejsza od watykańskiej, mieści słynny grobowiec papieża Juliusza II z główną figurą — ogromnym Mojżeszem dłuta Michała Anioła. Rzeźba zrobiła na nas wielkie wrażenie. Ciekawe jest także wejście: na dziedziniec przed bazyliką dostajemy się od strony ruchliwej via Cavour — po stromych schodach ukrytych w przepastnym tunelu. Spotkanie z dziełem mistrza wynagradza ten wysiłek.
Ciche zaułki metropolii. To hałaśliwe miasto kryje bogactwo niezwykłych enklaw ciszy i spokoju. Należą do nich wspaniałe zielone tereny Villa Borghese. Spacer wczesną porą pośród starodrzewu i rzeźb zawsze był dla mnie kojący. Gorzej, jeśli zapragniemy się udać do sławnej Galerii Borghese. Tam na ogół jest tłoczno, a bilety zamawia się ze sporym wyprzedzeniem (najlepiej przez internet).
Znakomitą okazję do spaceru w pełnym wyciszeniu daje Zatybrze. Najczęściej przechodziłam przez wiekowe mosty w rejonie wyspy Isola Tiberina na Tybrze, aby — już po drugiej stronie rzeki — uciec od zgiełku i swobodnie wędrować po wąziutkich uliczkach. Ktoś powiedział, że aby poznać prawdziwą rzymską kuchnię, należy spróbować posiłku właśnie na Zatybrzu, w jednej z maleńkich trattorii. Trzeba przedtem sprawdzić, czy jedzą tam Włosi.
Znaleźliśmy taką w jednym z odległych zaułków (vicolo). Odważnie zamówiliśmy to, co akurat podano przy sąsiednim stole: gotowaną cielęcinę obłożoną plastrami szynki. Smakowała znakomicie z pieczywem i karafką czerwonego wina.
Problem się pojawił, gdy danie okazało się zaledwie lekką przystawką. Trafiliśmy na porę rodzinnego niedzielnego posiłku, dookoła nas zasiadły trzypokoleniowe familie Włochów. Nastawione na obfite, dłuższe biesiadowanie.
Ale nie żałowaliśmy. Zaglądaliśmy w to miejsce przez parę następnych lat, za każdym razem prosząc o to samo danie: saltimbocca alla romana. Dopiero w zeszłym roku pojawiły się tam zorganizowane grupy turystów.
Po widoki. Mam jeszcze jedno ulubione miejsce, które szczęśliwym dla mnie trafem zwykle jest pustawe. To taras widokowy z kawiarnią nad dachami Muzeum Kapitolińskiego. Z wielobarwną panoramą miasta, zwłaszcza w pełnym wiosennym słońcu, zawsze trudno mi się rozstać. Nie wspomnę już o zbiorach tego przebogatego muzeum.
Będąc w Rzymie, niezmiennie podziwiam fenomen, jakim jest współistnienie stylów i obiektów architektury z odległych od siebie epok. Przenikają się i łączą często w sposób niezauważalny na pierwszy rzut oka. Nierzadkim widokiem jest fragment omszałej budowli z czasów cezarów złączony ze średniowiecznym murem, do którego z kolei przyrośnięte jest całkiem współczesne domiszcze z resztkami korynckich kolumn w narożniku.
Absolutnym fenomenem jest ruina antycznego Teatru Marcellusa z doczepioną niepozorną kamieniczką, zamieszkałą (podobno) od prawie dwóch tysięcy lat. Z kwiatkami i firaneczkami w oknach. Zawsze się tam zatrzymuję choć na chwilę. Od męża słyszę wtedy, że wypatruję duchów przeszłości. Rzymu, oczywiście.
Czas na kawę. Kilkakrotnie w ciągu dnia trafiamy do gwarnego centrum. Tutaj, co zrozumiałe, nie mogę się oprzeć zawodowej ciekawości. Odwiedzam kawiarnie, degustuję. O każdej porze gotowa jestem próbować cappuccino (inaczej niż Rzymianie, którzy rozstają się z nim przed południem). Po espresso sięgam raczej rano. I porównuję z tym, co wychodzi w świat pod naszą marką Mokate.
Pijam kawę w różnych miejscach, m.in. na Via Condotti, sławnej uliczce kreatorów mody, gdzie od lat króluje także kawiarnia Caffe Greco. Stoliki są zajęte, mimo to warto zajrzeć do wnętrza, sporo tam polskich pamiątek. Bywali w kawiarni Mickiewicz, Słowacki, Sienkiewicz.
Na poranne espresso zdarza mi się wstąpić do Tazza d'Oro (Złotej Filiżanki) tuż obok potężnych kolumn Panteonu. Gdy słyszę, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, potakuję z przekonaniem. Jedna z nich, dobrze mi znana, zaczyna się w Ustroniu. &
Teresa Mokrysz
Absolwentka Akademii Ekonomicznej w Katowicach. W 1989 r. firmę rodzinną Mokrysz, którą prowadził mąż, zarejestrowała pod nazwą Mokate (MOkryszKAzimierzTEresa). Budowę marki zaczęła od sprowadzenia śmietanki do kawy. Obecnie Mokate wytwarza niemal tysiąc produktów spożywczych i należy do niej dziewięć firm. Grupą Mokate kierują Teresa Mokrysz z mężem i dwójką dzieci.
