Nie twierdzę oczywiście, że już starożytni Rzymianie stosowali nasze kasy fiskalne — choć bardzo by się przydały ich poborcom podatkowym. Na szczęście, czy też niestety, tak subtelnych urządzeń elektronicznych nie mieli.
Ba, o samym zjawisku elektryczności wiedzieli tylko tyle, że bursztyn (elektron) — sprowadzany z tak daleka, aż z naszych wybrzeży bałtyckich — przyciąga, jeśli go potrzeć o pewne rodzaje materiału; czyli, jak to wówczas mówiono, „ma duszę”. Zresztą poza sklepami i tawernami nie bardzo gdzie byłoby owe kasy instalować. W lektykach? W rydwanach? Bunt taksówkarzy nie groził, prasy codziennej nie wydawano, supermarketów nie było.
Ale właśnie oba te wyrazy — kasa fiskalna — oznaczające tak wyrafinowane wytwory nowoczesnej techniki, mają rodowód łaciński; oba też związane są od początku z przechwytywaniem pieniądza. „Kasa” pochodzi pośrednio od wyrazu „capsa” — tak nazywali Rzymianie skrzynki i wszelkie pomieszczenia, czy też pojemniki, także do przechowywania pieniędzy (monet); stąd nasza „kabza” (sięgnij do kabzy! — mówiło się niegdyś). Mała „kapsa” to „kapsula”, żyjąca do dziś niemal w niezmienionej formie jako „kapsuła”.
A „fiskus” i „fiskalny”? „Fiscus” to koszyk, każdy koszyk — również ten na pieniądze, zwłaszcza w gospodarstwach domowych. Już w samych początkach cesarstwa rzymskiego, czyli ponad 2000 lat temu, z bliżej nieznanych powodów przyjęło się tym mianem określać skarb, podlegający bezpośredniej kontroli cesarza; nad dawnym skarbem Rzeczypospolitej, „aerarium” w świątyni Saturna — kilka jej kolumn do dziś stoi na Forum! — pieczę miał senat. Stosunkowo szybko fiskus stał się głównym, a nawet jedynym skarbem Imperium, a „aerarium” senackie straciło wszelkie znaczenie.
Do fiskusa wpływały dochody z podatków, opłat, majątków państwowych, z niego też finansowano wydatki, głównie te na budowle i wojsko. W miarę rosnących potrzeb państwa fiskus musiał stale szukać nowych źródeł dochodów. Ponieważ Rzymianie nie znali ani PIT-ów ani VAT-ów, skarb karmił się głównie podatkiem od majątków rolnych (ich wartość szacowano co 5 lat).
Zaufany urzędnik cesarski, sprawujący kontrolę nad finansami, zwał się po prostu i bardzo skromnie „a rationibus” — „od rachunków”. Cesarz Neron, w trosce o dobro osób bezbronnych wobec poczynań fiskusa, zlecił jednemu z pretorów rozpatrywanie skarg obywateli w tej materii. Pół wieku później cesarz Hadrian powołał urząd „adwokata fiskusa” — miał reprezentować przed sądami interes skarbu w sporach z osobami prywatnymi. Były też fiskusy specjalne — np. tzw. aleksandryjskie w Egipcie, dla prowincji Azji. Istniał nawet „fiscus Iudaicus”: każdy Żyd w całym Imperium musiał corocznie wpłacać 2 denary — kara za powstanie przeciw Rzymowi, zakończone zburzeniem świątyni w r. 70.
Pod koniec Imperium, kiedy wobec rosnących potrzeb — zwłaszcza armii — fiskus stał się bezlitośnie zachłanny, minister odpowiedzialny za finanse i podległy bezpośrednio cesarzowi nosił przepiękny tytuł „comes sacrarum largitionum”, czyli — minister świętych szczodrobliwości! Pomysł godny Orwella...
Tak to bywa: im cięższe czasy, im dotkliwsze podatki, tym bardziej władza zmuszona jest przesłaniać bolesną rzeczywistość szumnymi hasłami i nazwami. Uchwytne to szczególnie w napisach na monetach wtedy wybijanych (np. „Felicitas Romanorum” — Szczęśliwość Rzymian lub „Pax publica” — Pokój społeczny).
Proszę przełożyć ów tytuł rzymskiego ministra finansów z wieku IV i V na czasy i stosunki współczesne! Oto na gmachu ministerstwa finansów, tym przy ul. Świętokrzyskiej, pojawia się tabliczka „Ministerstwo Szczodrobliwości”, a podległe mu urzędy skarbowe stają się odpowiednio Urzędami Szczodrobliwości. Z powagą i oficjalnie. Z tym że w przypadku państwa współczesnego taka naz-wa nie byłaby całkowicie bezpodstawna: ostatecznie skarb z reguły więcej wydaje niż doń wpływa, jest więc — w miarę możliwości — szczodry. Ale starożytność nie znała pojęcia i praktyki deficytu państwowego i obligacji państwowych. Radzono sobie, po prostu obniżając jakość monety, co skutkowało zjawiskami inflacyjnymi. I wprowadzaniem wciąż nowych podatków. Płaciły je nawet panie lekkich obyczajów. Wymierzane były oczywiście ryczałtowo... Przecież kas fiskalnych nie znano!
