W czwartek w regionie Apulia nad Adriatykiem rozpoczął się jubileuszowy 50. szczyt G7. W sobotę natomiast polityczna wierchuszka przenosi się z Włoch do Szwajcarii — uzupełniona przez innych uczestników, którzy dolecą — nad Jezioro Czterech Kantonów, aby debatować nad sposobami zakończenia wojny napastniczej Rosji z Ukrainą. Obie zbiórki oczywiście zlokalizowane zostały w miejscach szczelnie odizolowanych — chodzi nie tylko o terrorystów, lecz także alterglobalistów. Giorgia Meloni, włoska premierka, schowała G7 w kompleksie hotelowym Borgo Egnazia w gminie Fasano. Viola Amherd, szwajcarska prezydentka, zapewniła zbiórce pokojowej warunki podobnie komfortowe w kurorcie Bürgenstock.
Włoska prezydencja G7 długo przygotowywała obszerną deklarację, która zostanie jednomyślnie przyjęta. Preambuła z roku na rok jest kopiowana, podobnie jak wiele punktów. Wstęp będzie brzmiał mniej więcej tak: „My, liderzy Grupy Siedmiu, spotkaliśmy się 13-15 czerwca 2024 r. w Italii bardziej niż kiedykolwiek zjednoczeni w determinacji, by sprostać globalnym wyzwaniom i wytyczyć ludzkości kurs do lepszej przyszłości…”. Dalej spisane zostaną drobnym maczkiem na kilkudziesięciu stronach recepty na choroby współczesności. Drobny problem polega na tym, że ich realizowalność jest z roku na rok coraz niższa. Rozwierają się nożyce między teoretycznym dorobkiem corocznych szczytów G7 a praktycznym pożytkiem z tych zbiórek potentatów dla ludzkości. Największym konkretem obecnie może być decyzja G7 o położeniu wreszcie ręki na zasobach Rosji w bankach zachodnich szacowanych nawet na 300 mld USD.
Wypada przypomnieć, że międzynarodowy status prawno-decyzyjny G7 jest… zerowy. To zawiązany w 1975 r. samozwańczy klub uprzemysłowionych potęg Zachodu, przy czym zalicza się do nich politycznie również Japonię. Od 1997 r. dołączenie Rosji zmieniło formułę na G8, ale po zaborze Krymu w 2014 r. Władimir Putin został wyrzucony. Archaiczność formuły elity uznali inni ambitni władcy i wymusili powstanie w 1999 r. rozszerzonego z G7 — równie samozwańczego klubu G20, którego fundamentem stała się reprezentatywność kontynentalna. Obie grupy odbywają szczyty odrębnie. Szersza G20 zbierze się 18-19 listopada w Rio de Janeiro.
Członkostwo w obu klubach nie zależy tylko od PKB, bardzo ważne są kryteria geopolityczne. Notabene Polska jest w G7/G20 obecna, ale przez pośredników, czyli szefów instytucji UE. Oboje przewodniczący w Apulii oczywiście są, przy czym Ursula von der Leyen na czele Komisji Europejskiej liczy na reelekcję, natomiast Charles Michel kierowanie Radą Europejską definitywnie kończy. Ale problem krótkiego horyzontu dotyczy także innych uczestników. Rishi Sunak, brytyjski premier, nie przetrwa wyborów 4 lipca, Emmanuel Macron prezydent Francji, chce już tylko 26 lipca otworzyć Igrzyska XXXIII Olimpiady, natomiast Joseph Biden, prezydent USA, w superwtorek 5 listopada… no właśnie, nikt nie wie. W zestawieniu z ich niepewnością komfort ma absolutnie wyjątkowy gość G7 — papież Franciszek, którego horyzont decyzyjny wyznaczają tylko opatrzność i biologia.
