Samorządowe patologie zrodziła naiwność prawa
PŁACOWE KOMINY: Liderzy chorej rywalizacji w trzech samorządowych kategoriach (województwo, powiat, gmina) reprezentują różne regiony Polski.
Opinia publiczna co jakiś czas bulwersowana jest informacjami o najróżniejszych nieprawidłowościach płacowych w sektorze publicznym. Ostatnio, po kontroli NIK, oskarżycielski palec znowu skierował się w stronę samorządu terytorialnego. Jest to reakcja socjologicznie uzasadniona, jako że organy samorządowe utrzymywane są przez lokalne budżety.
PRZYPOMNIJMY, iż samorząd gminny odrodził się wiosną 1990 r., na fali społecznego entuzjazmu po zmianie ustroju. Przyjęte wówczas akty prawne skażone zostały idealizmem i naiwną wiarą, że po upadku władzy monopartyjnej Polską rządzić będą anioły w ludzkich postaciach. Zwłaszcza władza wybierana przez mieszkańców i przed nimi odpowiadająca. Stąd w ustawie o samorządzie gminnym umieszczono kuriozalny art. 25 ust. 4, obowiązujący (bez jakiejkolwiek zmiany!) do dzisiaj: „Na zasadach ustalonych przez radę gminy radnemu przysługują diety oraz zwrot kosztów podróży służbowych”. Szybko okazało, iż — niezależnie od wyznawanych etosów i ideologii — granice przyzwoitości radnych pękają, ustępując miejsca ich bezgranicznej pazerności.
WKRÓTCE po ustawach, rząd Tadeusza Mazowieckiego zatwierdził swą dziecięcą łatwowierność rozporządzeniem — obowiązującym do dzisiaj, po rozszerzeniu jego mocy na powiaty i województwa — w sprawie wynagradzania pracowników samorządowych. Ustala ono kilka składników płacy, z czego trzy (wynagrodzenie zasadnicze, dodatek funkcyjny i dodatek stażowy) są ściśle limitowane, natomiast czwarty (dodatek służbowy, powszechnie zwany samorządowym) został ustalony maksymalnie na 40 proc., z możliwością podnoszenia go w „szczególnie uzasadnionych przypadkach” do wysokościÉ nieograniczonej! Jak to wygląda w praktyce — obrazuje nasz wykres. Zaś szczytem hipokryzji jest traktowanie owego gigantycznego dodatku jako składnika ruchomego, który w jakimś miesiącu teoretycznie może zostać obniżony lub nawet nie przyznany. Jak kraj długi i szeroki — taka przykrość nie dotyka starostów czy burmistrzów (zwykłych pracowników urzędów — owszem).
ALE JEDNĄ RZECZ trzeba stale przypominać — płacowe patologie dotyczą Warszawy, większych miast, województw i niektórych powiatów. W ponad dwóch tysiącach miasteczek i gmin samorządy zachowują się normalnie — szczególnie na terenach objętych bezrobociem i ogólnie biednych, ale przecież nie tylko. Ot, przykładowo wybrane 18-tysięczne miasto, leżące zaledwie o pół godziny jazdy od Pałacu Kultury — Sulejówek. Całkowita płaca brutto burmistrza wynosi tam 5543 zł (plus zwykły ryczałt samochodowy), zryczałtowana dieta miesięczna przewodniczącego rady 857 zł, natomiast dieta radnego za udział w sesji (średnio raz w miesiącu) 86 zł, zaś w posiedzeniu komisji (kilka w miesiącu) — 51 zł.
ZDECYDOWANEJ większości burmistrzów, wójtów i radnych w całej Polsce uchwalona w sobotę przez Sejm ustawa w ogóle nie zainteresowała, albowiem oni nigdy nie osiągną maksymalnych stawek w niej przewidzianych! Niezwykle istotnym czynnikiem podziału organów samorządu terytorialnego na skromne i pazerne jest ordynacja wyborcza — w gminach i miastach liczących do 20 tys. mieszkańców głosuje się na fizycznie znaną osobę, sprawującą poźniej mandat pod czujnym okiem sąsiadów. Natomiast radni większych miast oraz powiatów i województw stają się tylko elementami partyjnych klubów, a zatem rozmywa się ich osobista odpowiedzialność za cokolwiek — w tym za windowanie uposażeń sobie i wybranym przez siebie urzędnikom.
POSTAWA SEJMU, który niemal jednogłośnie przyciął kominy płacowe sektora publicznego, zasługuje tylko na pochwałę. Ale automatycznie nasuwa się pytanie — kiedyż to posłowie wezmą się za siebie? Czy nie uważają, iż wynagradzanie parlamentarzysty pensją wiceministra także jest patologiąÉ?