Samorządy są chłopcem do bicia

Rafał FabisiakRafał Fabisiak
opublikowano: 2015-03-16 00:00

Rozmowa z prof. Krystyną Iglicką-Okólską, rektorem Uczelni Łazarskiego, profesorem nauk ekonomicznych, członkiem Komitetu Nauk Demograficznych i Komitetu ds. Migracji i Polonii PAN

„Puls Biznesu”: Najgorszy scenariusz prognozy demograficznej GUS na 2050 r. zakłada, że będzie nas tylko nieco ponad 32 mln...

OD ŚCIANY DO ŚCIANY:
OD ŚCIANY DO ŚCIANY:
Z jednej strony mamy kartę dużej rodziny czy becikowe, a z drugiej — państwo uderza w rodzinę od strony ekonomicznej. Te działania są niespójne — mówi prof. Krystyna Iglicka-Okólska, rektor Uczelni Łazarskiego.
Marek Wiśniewski

Krystyna Iglicka-Okólska, rektor Uczelni Łazarskiego: To niestety zbyt optymistyczny scenariusz. Europa Środkowo-Wschodnia jest w bardzo złej sytuacji, a Polska szczególnie. Nadrobione po wojnie straty w ludności tracimy w wyniku emigracji. Wyliczenia GUS nie uwzględniają jej skali. Według Urzędu jest nas teraz 38,5 mln, co wynika ze statystyk PESEL. Ale każdy wyjeżdżający, który nie wyrejestrowuje swojego adresu w Polsce, ma PESEL, chociaż zostaje długo za granicą. Ważne są statystyki Eurostatu, które mówią, że pod koniec 2014 r. w Polsce mieszkało 36,4 mln osób — i to powinien być punkt wyjściowy prognoz. Uważam, że obecne scenariusze są politycznie i gospodarczo bardzo niebezpieczne, bo zamazują rzeczywistość i łagodzą przekaz o tragedii demograficznej.

Samorządy mogą coś poradzić na spadające wskaźniki?

Samorządy są chłopcem do bicia. Musimy zdawać sobie sprawę z tego, że skuteczność działań regionów w sferze, na przykład, polityki prorodzinnej, zależy przede wszystkim od polityki państwa, od tego jak ono postrzega rodzinę i jaki klimat wokół niej tworzy. Co z tego, że jakaś gmina będzie inwestowała w przedszkola czy żłobki, jeżeli tam nie ma pracy?

Ale samorządowcy z reguły dobrze znają swoje miasta i regiony.

Tak, ale gdy dwa lata temu dla Komisji Europejskiej robiłam ekspertyzę na temat wyzwań demograficznych stojących przed regionem dolnośląskim, okazało się, że problemy ze statystyką związaną z odpływem ludzi są jedną z głównych przeszkód w prawidłowym oszacowaniu przyszłej strategii rozwoju. Skąd mamy wiedzieć, w ile łóżek inwestować w szpitalach, w jaką infrastrukturę, skoro nie znamy faktycznej liczby ludności w regionie? Żeby wyciągnąć Polskę z zapaści demograficznej, musi być jeden kierunek polityczny. Wiedza samorządów nie pomoże demografii, jeżeli płace są niskie, dookoła słyszy się o korupcji, nie ma rzeczywistych reform, a młodzi ludzie mają problem ze zwyczajnym funkcjonowaniem. Wszystkie regiony starzeją się, choć w różnym tempie. Są też specyficzne lokalne trendy. Na przykład w woj. dolnośląskim, które charakteryzuje dużo wyższa od średniej polskiej umieralność niemowląt, samorząd powinien mówić bardzo mocnym głosem o potrzebach służby zdrowia.

Pomysły na wsparcie demografii, jak becikowe czy bony, nie dają pozytywnego efektu?

Trudno wymagać, aby przynosiły jakiś efekt, jeśli osobom, które chcą założyć rodzinę, brakuje pewności zatrudnienia, a płaca nie wystarcza na utrzymanie, już nie mówiąc o oszczędzaniu. Tylko miejscami łatamy elementy gospodarki i polityki rodzinnej. Dziergamy w jednym miejscu, ale szew puści gdzie indziej. Z jednej strony mamy kartę dużej rodziny czy becikowe, a z drugiej — państwo uderza w rodzinę od strony ekonomicznej. Te działania są niespójne. Nic dziwnego, że obywatele postrzegają Polskę jako kraj nieprzyjazny, arogancki w swoich decyzjach politycznych. Także wobec rodziców np. sześciolatków czy dzieci niepełnosprawnych. Ten przekaz niechęci jest bardzo odczuwalny. Działania takie jak karta dużej rodziny są dobre, ale nikt nie zdecyduje się na trzecie dziecko na ich podstawie. Niedawno widziałam symulację, na której pokazano, że aby zwróciły się koszty takiej karty, wystarczy, by jedna duża sieć handlowa podniosła cenę keczupu o 50 gr.

Polki w Wielkiej Brytanii rodzą średnio ponad dwoje dzieci. Może warto skorzystać z tamtych rozwiązań?

W Wielkiej Brytanii polityka prorodzinna nie jest rozwiązana przy pomocy samorządów, tylko odpowiedniego podejścia państwa. Nie możemy kopiować elementów polityki rodzinnej z innych krajów, bo zawsze są pewne uwarunkowania kulturowe. Dla Polaków najważniejszym jest rodzina. W porównaniu z innymi krajami jest dla nas ważniejsza. Kiedy przeprowadzaliśmy badania wśród Polaków, którzy mają żony z innych krajów, okazało się, że one często nie rozumieją, dlaczego np. święta spędza się z rodziną, a nie wśród znajomych. A dla nas to oczywiste. Dlatego politykę demograficzną trzeba budować na rodzinie i wspierać odpowiednimi decyzjami gospodarczymi. Należy zacząć od tych, którzy chcą mieć jedno lub dwoje dzieci, dając, zwłaszcza najuboższym, odpowiednie wsparcie finansowe. Bardzo ważne, że nie nastąpiła degradacja rodziny u młodych. Nie chodzi tylko o to, że Polki za granicą rodzą dwoje, troje dzieci. Kiedy się porównuje współczynniki dzietności kobiet pracujących i niepracujących w Polsce i w Niemczech, widać, że u nas kobiety pracujące rodzą średnio 1,7 dzieci, a niepracujące 0,9. W Niemczech jest dokładnie odwrotnie. Oznacza to, że Polki wcale nie wybierają między karierą a rodziną, wręcz przeciwnie. Widać też, że to kwestia ekonomiczna jest dla kobiet w Polsce istotnym elementem przy podejmowaniu decyzji o dziecku. I to nad tym powinniśmy pracować.

 

Możesz zainteresować się również: