Mimo że do nowych wyborów parlamentarnych jest jeszcze ponad rok, posłowie Sojuszu Lewicy Demokratycznej wpadli już w amok kampanii przedwyborczej. Konkretnie zaś chodzi o projekt nowelizacji kodeksu cywilnego, wymierzony w lichwę, czyli krwiopijcze banki i inne podmioty udzielające — zdaniem posłów SLD — zbyt wysoko oprocentowanych kredytów i pożyczek. Orężem broniącym uciśnionych ma być zapisana w kodeksie maksymalna wysokość oprocentowania kredytów i pożyczek.
Bankowiec, który przekroczy górny limit, będzie karany więzieniem i grzywnami. Populizm? Jasne. Co gorsza, posłowie SLD zawłaszczyli pomysł LPR, która już na początku roku opracowała stosowny projekt. 11 marca trafił on jednak do kosza. A kto do tego przyłożył rękę? SLD i Unia Pracy, i to już w trakcie pierwszego czytania! Wszyscy obecni na sali posłowie SLD (183) i UP (12) głosowali za odrzuceniem projektu. Dorobek intelektualny LPR doceniły natomiast wtedy PO, PiS, PSL i Samoobrona.
No, ale premierem był wtedy jeszcze Leszek Miller, SLD rządziło na całego, a więc gesty pod publikę potrzebne nie były. Z kolei zadzieranie z silnym środowiskiem bankowym również wydawało się co najmniej nierozumne. Ale czas płynie. Poparcie dla SLD stopniało jak zeszłoroczny śnieg, a więc partia ta chcąc przypomnieć się elektoratowi szuka łatwego poklasku. Stąd rozpaczliwy pomysł powrotu do pomysłu LPR i próba nałożenia kagańca bankom. Paradoks projektu SLD polega na tym, że projekt LPR był korzystniejszy dla obywateli i firm. 22 lipca wszyscy posłowie SLD poparli projekt swojego klubu.