Sejmowi śledczy wpadli na kolejny trop

Adam Sofuł
opublikowano: 2006-11-16 00:00

Wybory minęły, więc pora wracać do gry. Tym razem znowu zagramy w komisje śledcze. Pierwsza odsłona bankowej komisji śledczej nie była sukcesem, więc pora na powtórkę z rozrywki. Tym razem zagramy na dwóch szachownicach — Prawo i Sprawiedliwość oprócz reaktywacji komisji bankowej chce też utworzyć komisję śledczą do wyjaśnienia przekształceń związanych z Narodowymi Funduszami Inwestycyjnymi. Podobnie jak w przypadku bankowej komisji śledczej, winni już są (nawet nie przed zakończeniem prac komisji, ale jeszcze przed jej powołaniem). Przewodniczący klubu PiS Marek Kuchciński stwierdził, że w NFI dochodziło do „działalności przestępczej różnych środowisk postkomunistycznych i niektórych liberalnych”.

Programu NFI trudno bronić — nawet jego autorzy przyznają, że zakończył się klapą. Spory dotyczą jedynie kwestii, czy było to fiasko pewnej utopii, jaką jawiła się powszechna prywatyzacja, czy też precyzyjnie zaplanowany skok na kasę. Autorzy pomysłu powołania komisji śledczej będą, rzecz jasna, starali się udowodnić, że to drugie, i szybko (choć nie do końca ściśle) podpowiadają, o jaką kasę chodzi. Poseł Kuchciński stwierdził, że państwo straciło na programie 2,5 mld zł. Nawet najsurowsze wyliczenia tych strat dokonane przez Najwyższą Izbę Kontroli nie sięgają takiej kwoty — o tyle zmniejszyła się wartość aktywów spółek uczestniczących w programie (po części na skutek likwidacji wielu z nich). To nie to samo, ale 2,5 mld zł strat — brzmi dumnie.

Komisje śledcze mogą spełniać pożyteczną rolę i czasem — jak w aferze Rywina — spełniają. Nie inaczej mogłoby być z komisją ds. NFI, ale pod warunkiem że nie będzie ona narzędziem do szukania bicza na politycznych konkurentów. Program Narodowych Funduszy Inwestycyjnych zasługuje na wnikliwą analizę, którą jednakże powinni przeprowadzić eksperci (od rynku kapitałowego, działalności przedsiębiorstw, wreszcie księgowi), a nie posłowie, przy całym i nieustającym szacunku dla ich kompetencji i przenikliwości. Gdyby posłowie skoncentrowali się na mechanizmach, a nie na powoływaniu mniej lub bardziej utytułowanych świadków, można by było mieć nadzieję na jakikolwiek pożytek z powołania kolejnej komisji. Dotychczasowe doświadczenia każą w to wątpić.

Tymczasem dyskusja o NFI mogłaby okazać się pouczająca. Przeanalizowanie wszystkich grzechów tego programu byłoby lekcją, jak nie prywatyzować. Autorzy programu (a potem wszystkie poprawiające ten program rządy) popełnili wiele błędów — od naiwności, że obdarowanie Polaków świadectwami udziałowymi uczyni z nich naród kapitalistów. Cóż, kiedy ci kapitaliści zamiast długoterminowych inwestycji wybrali krótkotrwałą płynność finansową i natychmiast świadectwa sprzedali. Czy było inne wyjście? Teoretycznie tak. Można było po prostu sprzedać te 512 uczestniczących w programie firm (a może jeszcze trochę) inwestorom lub sprywatyzować poprzez giełdę. Wątpliwe jednak, czy krytykujący dziś program NFI posłowie PiS byliby zadowoleni. Bo trudno oprzeć się wrażeniu, że ich zdaniem, głównym problemem nie jest to, że program nie wypalił, ale to, że w ogóle powstał.

Analiza błędów przeszłości jest zawsze pożyteczna, ale szczególnie cenne byłoby, gdyby pomagała uniknąć powtórzenia w przyszłości grzechów popełnionych przy programie powszechnej prywatyzacji. Sęk w tym, że w dającej się przewidzieć przyszłości następny program powszechnej prywatyzacji nam nie grozi. Tej mniej powszechnej zresztą też nie.