Seneka, mecze, olimpiady

  • Aleksander Krawczuk
26-09-2008, 00:00

Dziś wreszcie mam czas dla siebie. Zasługa to nie tyle moja, ile widowiska. Domownicy poszli sobie na mecz. Nikt nagle nie wtargnie do pokoju, nikt nie będzie mnie niepokoił. Drzwi wejściowe nie będą wciąż trzaskały, nikt nie odsunie zasłony... Wielkie to jednak słowo rzekłem, obiecując sobie ciszę i samotność. Oto właśnie rozległ się potężny krzyk ze stadionu!

Słowa jakby przed chwilą napisane. I dokładnie takie bywają jakże często nasze odczucia. Oto darowane dwie, trzy godziny spokoju, jesteśmy sami w domu. Poszli sobie także sąsiedzi, nawet ruch na ulicy mniejszy.

 

Zdziwicie się: owych kilka zdań pochodzi z listu sprzed prawie dwóch tysięcy lat. Tak pisał do przyjaciela sławny Seneka — mędrzec znany choćby choćby z "Quo vadis", nauczyciel, a potem — ofiara Nerona. A więc — zapytacie — już starożytni Rzymianie znali piłkę nożną, chodzili na mecze, kibicowali na stadionach swym drużynom?

 

Tak, piłkę znali. Przecież nasza jej nazwa wywodzi się z łacińskiego "pila". Słownictwo Rzymian było zresztą w tym zakresie bogatsze od naszego. Mieli różne określenia piłki, zależnie od jej rodzaju: follis, trigon, sfera. Ta ostatnia nazwa, wzięta z greki, oznaczała również kulę — i też żyje do dziś, choć z pewnym przesunięciem pojęcia. Bawiono się piłką, rzucano nią i grano powszechnie, niezależnie od wieku i stanu. Lubili tę zabawę nawet cesarze. Ale nie była to piłka nożna — nie w naszym rozumieniu i nie według obecnych zasad. Nie istniały boiska i bramki, drużyny i kluby, ligi, mistrzostwa. Swoje sportowe emocje wyładowywali starożytni, obserwując inne zawody i walki. Pasjonowała ich oczywiście lekkoatletyka, zapasy, pięściarstwo, wyścigi rydwanów. A Rzymian — przede wszystkim — krwawe walki gladiatorów.

 

Na jaki to zatem mecz udali się uciążliwi domownicy Seneki? On sam mówi, że była to sferomachia, czyli w tłumaczeniu dosłownym "kulowalka". Najpewniej chodziło nie o piłkę, lecz o rodzaj zapasów pięściarskich. Ale — tak czy inaczej — był to rodzaj meczu. Słysząc stadionowe okrzyki, starożytny mędrzec zapytuje sam siebie: Dlaczego tak wielu ćwiczy swe ciała, a tak niewielu kształci charakter? Dlaczego widowiska głupie i nic niedające ściągają takie tłumy widzów, a wokół umiejętności i sztuk poważnych pustki? Jakże słabi intelektualnie bywają ci, których potężne mięśnie i barki tak podziwiamy! Treningi — rozważa dalej Seneka — mogą sprawić, że ciało stanie się odporne na wszelkie uderzenia i razy, będzie znosiło bez szwanku trudy, żar słońca, nawet rany. A czyż nie łatwiej wyrobić w sobie taki hart ducha, by niestraszne mu były żadne ciosy losu? Przecież ciało zawodnika potrzebuje odpowiedniej diety, kosztownego treningu, systematycznego wysiłku. A duch? Wystarczy tylko jedna mądra, stanowcza, jednorazowa decyzja — i już stajemy się innym człowiekiem!

Pięknie powiedziane, ale w pewnym aspekcie dalekie od prawdy. Przecież właśnie kariera sportowa wymaga przemyślanej decyzji, stanowczości, wyrzeczenia się mnóstwa przyjemności, konsekwencji w kroczeniu raz obraną drogą. To konieczność wysiłku przez wiele lat, niemal od dzieciństwa. Grecy wiedzieli, jakim kosztem okupiony jest sukces sportowy. Dlatego, choć nagrody w wielkich igrzyskach były symboliczne, ojczyste miasta zwycięzców nagradzały ich sowicie, materialnie — zaszczytnymi przywilejami. A jeśli tego zaniedbano, interweniowali bogowie.

 

Zdarzyło się w VI w. p.n.e., że przez wiele olimpiad nie zwyciężał nikt z krainy zwanej Achają, na Peloponezie. Jej mieszkańcy poprosili wyrocznię o wskazanie przyczyny niepowodzeń. Odpowiedź? Nie uczciliście należycie zwycięzcy w jednej z dawnych olimpiad; toteż ten, Ojbates, rzucił na was klątwę! (Według naszej rachuby lat był on zwycięzcą w roku 688 p.n.e.).

 

Achajowie błąd naprawili. Wznieśli mu posąg w samej Olimpii, a przy jego grobie odprawili uroczyste obrzędy. Rychło się to opłaciło: ich reprezentant zwyciężył w olimpiadzie roku 496 p.n.e. I — w podzięce — uwieńczył posąg Ojbatesa (tak czynili potem przez wieki jego wszyscy kolejni następcy). Jaka stąd nauka? Jeśli chcemy, by nasi rodacy zwyciężali, musimy ich prawdziwie nagradzać. W jakiejś mierze to czynimy. Chodzi jednak również o pamięć trwałą, okazywaną także materialnie.

 

Choć… Martwimy się, że olimpiada przyniosła nam tylko 10 medali. Ale stokroć bardziej powinno nas boleć, że przez cały wiek poprzedni mieliśmy tylko kilku noblistów — i to głównie pisarzy. Jak skomentowałby to Seneka? Zapewne powtórzyłby refleksję sprzed dwóch tysięcy lat: mecze i wesołkowate imprezy przyciągają tłumy, wokół poważnych sztuk i umiejętności — pustka. l

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Aleksander Krawczuk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Seneka, mecze, olimpiady