Słowa jakby przed chwilą napisane. I dokładnie takie bywają jakże często nasze odczucia. Oto darowane dwie, trzy godziny spokoju, jesteśmy sami w domu. Poszli sobie także sąsiedzi, nawet ruch na ulicy mniejszy.
Zdziwicie się: owych kilka zdań pochodzi z listu sprzed prawie dwóch tysięcy lat. Tak pisał do przyjaciela sławny Seneka — mędrzec znany choćby choćby z "Quo vadis", nauczyciel, a potem — ofiara Nerona. A więc — zapytacie — już starożytni Rzymianie znali piłkę nożną, chodzili na mecze, kibicowali na stadionach swym drużynom?
Tak, piłkę znali. Przecież nasza jej nazwa wywodzi się z łacińskiego "pila". Słownictwo Rzymian było zresztą w tym zakresie bogatsze od naszego. Mieli różne określenia piłki, zależnie od jej rodzaju: follis, trigon, sfera. Ta ostatnia nazwa, wzięta z greki, oznaczała również kulę — i też żyje do dziś, choć z pewnym przesunięciem pojęcia. Bawiono się piłką, rzucano nią i grano powszechnie, niezależnie od wieku i stanu. Lubili tę zabawę nawet cesarze. Ale nie była to piłka nożna — nie w naszym rozumieniu i nie według obecnych zasad. Nie istniały boiska i bramki, drużyny i kluby, ligi, mistrzostwa. Swoje sportowe emocje wyładowywali starożytni, obserwując inne zawody i walki. Pasjonowała ich oczywiście lekkoatletyka, zapasy, pięściarstwo, wyścigi rydwanów. A Rzymian — przede wszystkim — krwawe walki gladiatorów.
Na jaki to zatem mecz udali się uciążliwi domownicy Seneki? On sam mówi, że była to sferomachia, czyli w tłumaczeniu dosłownym "kulowalka". Najpewniej chodziło nie o piłkę, lecz o rodzaj zapasów pięściarskich. Ale — tak czy inaczej — był to rodzaj meczu. Słysząc stadionowe okrzyki, starożytny mędrzec zapytuje sam siebie: Dlaczego tak wielu ćwiczy swe ciała, a tak niewielu kształci charakter? Dlaczego widowiska głupie i nic niedające ściągają takie tłumy widzów, a wokół umiejętności i sztuk poważnych pustki? Jakże słabi intelektualnie bywają ci, których potężne mięśnie i barki tak podziwiamy! Treningi — rozważa dalej Seneka — mogą sprawić, że ciało stanie się odporne na wszelkie uderzenia i razy, będzie znosiło bez szwanku trudy, żar słońca, nawet rany. A czyż nie łatwiej wyrobić w sobie taki hart ducha, by niestraszne mu były żadne ciosy losu? Przecież ciało zawodnika potrzebuje odpowiedniej diety, kosztownego treningu, systematycznego wysiłku. A duch? Wystarczy tylko jedna mądra, stanowcza, jednorazowa decyzja — i już stajemy się innym człowiekiem!
Pięknie powiedziane, ale w pewnym aspekcie dalekie od prawdy. Przecież właśnie kariera sportowa wymaga przemyślanej decyzji, stanowczości, wyrzeczenia się mnóstwa przyjemności, konsekwencji w kroczeniu raz obraną drogą. To konieczność wysiłku przez wiele lat, niemal od dzieciństwa. Grecy wiedzieli, jakim kosztem okupiony jest sukces sportowy. Dlatego, choć nagrody w wielkich igrzyskach były symboliczne, ojczyste miasta zwycięzców nagradzały ich sowicie, materialnie — zaszczytnymi przywilejami. A jeśli tego zaniedbano, interweniowali bogowie.
Zdarzyło się w VI w. p.n.e., że przez wiele olimpiad nie zwyciężał nikt z krainy zwanej Achają, na Peloponezie. Jej mieszkańcy poprosili wyrocznię o wskazanie przyczyny niepowodzeń. Odpowiedź? Nie uczciliście należycie zwycięzcy w jednej z dawnych olimpiad; toteż ten, Ojbates, rzucił na was klątwę! (Według naszej rachuby lat był on zwycięzcą w roku 688 p.n.e.).
Achajowie błąd naprawili. Wznieśli mu posąg w samej Olimpii, a przy jego grobie odprawili uroczyste obrzędy. Rychło się to opłaciło: ich reprezentant zwyciężył w olimpiadzie roku 496 p.n.e. I — w podzięce — uwieńczył posąg Ojbatesa (tak czynili potem przez wieki jego wszyscy kolejni następcy). Jaka stąd nauka? Jeśli chcemy, by nasi rodacy zwyciężali, musimy ich prawdziwie nagradzać. W jakiejś mierze to czynimy. Chodzi jednak również o pamięć trwałą, okazywaną także materialnie.
Choć… Martwimy się, że olimpiada przyniosła nam tylko 10 medali. Ale stokroć bardziej powinno nas boleć, że przez cały wiek poprzedni mieliśmy tylko kilku noblistów — i to głównie pisarzy. Jak skomentowałby to Seneka? Zapewne powtórzyłby refleksję sprzed dwóch tysięcy lat: mecze i wesołkowate imprezy przyciągają tłumy, wokół poważnych sztuk i umiejętności — pustka. l
