Po dość jałowym wtorkowym przesłuchaniu Józefa Oleksego w środę bankowa komisja śledcza złapała wiatr w żagle. A wiało mocno. Za sprawą przesłuchiwanego świadka — Bogdana Pęka — najczęściej wiało grozą. Ale dawało się też odczuć delikatne powiewy optymizmu.
Grozą wiało, gdy eurodeputowany Pęk mówił o „bezkarnym rabunku finansów publicznych w biały dzień”, bo tak właśnie określa on prywatyzację. Jego zdaniem, majątek narodowy został wyprzedany za 10 proc. wartości, na czym budżet państwa stracił setki miliardów złotych. Bogdan Pęk nie powiedział w zasadzie nic ponad to, co mówił już dziesiątki razy, gdy jeszcze zasiadał w Sejmie (w Europarlamencie jest najwyraźniej mniej zainteresowanych kulisami zbrodniczej polskiej prywatyzacji), więc przełomu w sprawie nie przyniósł. W jego wypowiedziach często pojawiały się słowa „przekręt” i „afera”, więc śledczy z komisji chłonęli te zeznania. O tyle bezkrytycznie, o ile dotyczyły one dość zamierzchłych czasów — prywatyzacji Banku Śląskiego w 1994 r., o szczegółach której mało kto pamięta. Dla tych, co pamiętają, przesłuchanie Bogdana Pęka było podróżą sentymentalną — wróciły takie pojęcia, jak „lista Pęka” (lista oficjeli, którzy skorzystali na prywatyzacji), która zresztą podczas wczorajszego przesłuchania zamieniła się w listę Kawalca, ujawnioną Pękowi przez śp. Lesława Pagę. Z łezką w oku można było przypominać sobie retorykę prywatyzacyjnych sporów początków lat 90. Ale poza powrotem do przeszłości środowe przesłuchanie nie ujawniło nowych faktów. I poza zaostrzeniem apetytu komisji i utwierdzeniem ich w przekonaniu o pogrążaniu się sektora bankowego w aferalnym bagnie nie zbliżyło śledczych z komisji do upragnionego celu.
Były jednak wątki optymistyczne. Komisja zdecydowała, że zanim następnych świadków zapyta o prywatyzację Banku Śląskiego, zapozna się z materiałami poświęconego tej sprawie prokuratorskiego śledztwa. Wprawdzie, na logikę, od tego należało zacząć prace komisji, a dopiero potem ustalać listę świadków, ale nie czepiajmy się szczegółów. Posłowie doszli do wniosku, że chcą wiedzieć, o co pytać, a to już dużo. Drugim powiewem optymizmu było — mimo wszystko — zachowanie eurodeputowanego Pęka, który mimo nacisków nie pokusił się o cytowanie „listy Pęka” z pamięci, by nikogo nie skrzywdzić. Oznaki odpowiedzialności za słowa wypada docenić, nawet gdy są rzadkie. I jeżeliby te powiewy optymizmu się na następnych przesłuchaniach nasiliły, to za jakieś dwa-trzy lata bankowa komisja śledcza stałaby się na tyle profesjonalnym ciałem, że miałaby szansę dotrzeć do faktów, które poparłyby obecne głębokie wewnętrzne przekonanie o mnogości bankowych afer. Na razie faktów nie przybywa, rośnie jedynie przekonanie.