Serce Bałkanów

Dariusz Lasocki
opublikowano: 06-10-2006, 00:00

Życie odradza się w cieniu wypalonych domostw. Świadectwo powrotu do normalności dają rzesze turystów zwiedzających bośniackie miasta.

Kończąc wypoczynek w obleganej przez Niemców, Włochów i Polaków słonecznej Chorwacji, po upojnych wieczorach na starówkach Zagrzebia, Splitu i Dubrownika, trzeba zaplanować powrót do kraju. Owszem, da się — szybko i sprawnie — dotrzeć prosto do domu autostradami Chorwacji, Słowenii, Austrii czy Węgier. Warto jednak rozważyć podróż przez nieznaną wielu Polakom Bośnię i Hercegowinę. Federacyjne państwo powstałe po rozpadzie Jugosławii w 1992 roku składa się z chorwacko-muzułmańskiej Federacji Bośni i Hercegowiny oraz Republiki Serbskiej. Przeciętnemu turyście niewiele to mówi, jednak bardzo szybko zorientuje się, na czym tak naprawdę polega federalizm tej republiki.

Święta góra

Turysta doznaje pierwszego szoku od razu po wjeździe do kraju. Przekraczając granicę w miejscowości Metković, można zwątpić, że naprawdę opuściło się Chorwację. Flagi, poczta, chorwackie nazewnictwo — wszystko to zmusza kierowców do zdjęcia nogi z gazu i sprawdzenia na mapach i w przewodnikach, czy przypadkiem nie są nadal w Chorwacji. Dlatego warto przypomnieć, że większość mieszkańców południowej Bośni i Hercegowiny to Chorwaci. Zresztą cała Bośnia jest mocno zróżnicowana etnicznie, a co za tym idzie — religijnie. Prym wiodą Bośniacy, muzułmanie (40 proc.), ponad 30 proc. społeczeństwa to wyznawcy prawosławia, w większości Serbowie, chorwaccy katolicy stanowią 15 proc. ludności. Podział jest dosyć klarowny i przebiega po linii przynależności etnicznej i religijnej.

Medjugorie, jakieś 40 km od granicy chorwacko-bośniackiej, to pierwsza miejscowość odwiedzana przez wielu przybywających do Bośni turystów. Słynie z objawień Matki Boskiej na pobliskiej górze Krizevac. Niepotwierdzonych, ale też niezanegowanych. Rozpoczęły się czerwcu 1981 r., a ich świadkami była grupka dzieci. Choć w ostatnich kilkunastu latach Medjugorie odwiedziło ponad 20 mln pielgrzymów, próżno szukać w tym małym miasteczku zadumy. To wrzaskliwy kurort, pełen sprzedawców dewocjonaliów. Próbują wcisnąć wiernym plastikowe różańce czy fluorescencyjne medaliki — niektóre naprawdę w bardzo złym guście. Ale jedno w Medjugorie zaskakuje — nigdzie nie ujrzy się bośniackiej flagi ani minaretów, tak powszechnych w centralnej części kraju, gdzie górują nad każdą wsią i miastem. Pozostajemy wszak w chorwackiej części Bośni. Warto dodać — dla zde-zorientowanych niekiedy kierowców — że z kolei na północy kraju (w stronę granicy z Węgrami) pojawiają się nagle napisy cyrylicą. Świadczą o tym, że jesteśmy na terytorium Republiki Serbskiej w Bośni.

Stary most

Podróż drogami Bośni i Hercegowiny nie jest łatwa nie tylko ze względu na strome, wijące się brzegiem rzeki Bośni serpentyny prowadzące do Sarajewa. Wszędzie widzi się setki wypalonych domów, wyludnione wsie. W centrach wielu miejscowości stoją — niczym pomniki grozy — opuszczone budynki z dziurami po pociskach moździerzowych, a frontony większości budowli usiane są śladami po kulach. Jednocześnie — nawet w najmniejszej mieścinie czy na parkingu — da się zjeść porządne i wyśmienicie przyprawione jagnię lub prosię z rusztu (kuchnia bałkańska ulega wpływom tureckim) i popić je miejscowym piwem czy winem.

Na tej trudnej trasie do Sarajewa leży miasto „z kamienia i na kamieniu” — Mostar, o którym często się słyszało podczas wojny w byłej Jugosławii. To jeden z większych ośrodków Bośni i Hercegowiny — nieoficjalna stolica Hercegowiny. Ponad 120-tysięczne miasto szczyci się przebogatą historią. Założone w końcu XV wieku było jednym z najważniejszych w imperium osmańskim. Symboliczną budowlą Mostaru bez wątpienia jest most na rzece Neretwie — Stari Most. Zbudowali go Turcy w 1566 r. Stanowił niejako granicę wyznań. Po jednej stronie rzeki mieszkali muzułmanie, a po drugiej chrześcijanie. Zniszczyły go bośniacko-chorwackie wojska w listopadzie 1993 roku. Został odbudowany kosztem ponad 13 mln dolarów i otwarty przez księcia Karola w lipcu 2004 roku. Konstrukcja ta, obok wielu meczetów i przepięknej starówki, jest wizytówką Mostaru.

Nie można nie wspomnieć o rozsianych po całym mieście licznych cmentarzach muzułmańskich. Pochowanych tu ludzi łączy jedna — jakże symboliczna i przejmująca — data śmierci: 1993. Niestety, mimo upływu ponad 10 lat od zakończenia działań wojennych Mostar wciąż przypomina o dniach tamtej gehenny. Przybysz zastanawia się, jak ludzie mogą żyć w cieniu wypalonych bloków i domów? Mostar wraca jednak do normalności — rzesze turystów przechadzających się po uliczkach miasta są tego najlepszym przykładem.

Zbawczy tunel

Sąsiadująca z rzeką Neretwą szosa wiedzie na północny wschód od Mostaru, w kierunku Sarajewa. Przed nami prawie 150 km krętych dróg w górzystym, zielonym terenie. Auto wspina się na ponad 1000 m n.p.m. Mijamy nieoświetlone, ciemne tunele. Duży ruch. Nie ma problemu z zatankowaniem samochodu czy też z przydrożnymi restauracjami. Choć co kilka kilometrów okolice spowija mgła, dzień jest słoneczny i bezchmurny. A mgła okazuje się dymem z przydrożnych rożnów, na których pieką się całe prosięta. Tylko dyscyplina i lekkie przejedzenie — pamiątka po pobycie w chorwackich kurortach — zmuszają, by przyspieszyć i jechać prosto do stolicy Bośni i Hercegowiny.

Ulice Sarajewa wypełnia tłum młodych ludzi przesiadujących w kawiarniach i na deptakach. Aranżacje kawiarni, restauracji i innych lokali, a także witryny sarajewskich sklepów zachwycają. Takiego wystroju nie powstydziłaby się niejedna wiedeńska czy berlińska centralna aleja. W czasach Jugosławii Sarajewo pozostawało kulturalnym centrum kraju. Tutaj, dzięki przenikaniu się narodów i kultur, powstawało najwięcej filmów, muzyki czy literatury. I ukształtowało się wrażliwe artystycznie społeczeństwo. Warto więc zanurzyć się w sarajewskie zapachy i smaki przyjemnych knajpek na Bascarsija. Tworzą one jedno z obliczy Sarajewa — miasta, gdzie odbyła się zimowa olimpiada w 1984 roku.

Druga jego twarz? Cóż, wskutek okrucieństw wojny i oblężenia w 1995 roku, nadal straszą tu wypalone budynki. Sarajewo poraniły — podobnie jak i całą duszę Bałkan — pociski. Mieszkańcy wciąż pamiętają słynną aleję snajperów. Przypomina ją chociażby zrealizowany przez Michaela Winterbottoma film o tym samym tytule. Podobnie jak Mostar, Sarajewo usiane jest małymi cmentarzami żołnierzy i cywilów walczących o ten skrawek ziemi. Oświetlone nocą, a odbijające blask słońca dniem marmurowe morza nagrobków tworzą naziemne katakumby pamięci i chwały. Symbolem tych dni pozostaje także niesamowity „pomnik wojny” — tunel pod sarajewskim lotniskiem. Stanowił jedyną drogę wyjścia — po jedzenie i broń — z oblężonego przez 44 miesiące przez bośniackich Serbów miasta.

Lekcja historii

Atutem Bośni i Hercegowiny, jako miejsca wakacyjnej przygody, pozostaje bliskość wybrzeży Chorwacji. Łatwo na nie dotrzeć. Wyruszając z Sarajewa w porze śniadania, w czas obiadu moczy się już nogi w turkusowych wodach Adriatyku. Ale nie to stanowi największy magnes przyciągający cudzoziemców do Bośni. Ogromne zróżnicowanie krajobrazu, kultury, języka i religii to mieszanka niespotykana w żadnym innym kraju europejskim. Przykładem obrazującym bałkański tygiel jest postać kompozytora Gorana Bregovicia — ojciec Chorwat, matka Serbka, a żona Muzułmanka. Także burzliwa historia, na którą natykamy się co krok, tworzy z Bośni i Hercegowiny wyjątkowe miejsce.

Ten kraj wciąż nękają wewnętrzne spory etniczne i polityczne. Nie jest to spokojny skrawek Bałkanów. W Bośni działają siły odśrodkowe poszukujące rozwiązania skutkującego odłączeniem Republiki Serbskiej i przyłączeniem jej do Serbii. Wielu obserwatorów polityki międzynarodowej ocenia, że proces taki jak w Serbii i Czarnogórze — gdzie w referendum Czarnogórcy opowiedzieli się za secesją tego kraju od Serbii — może spotkać także Bośnię i Hercegowinę. W ostatnią niedzielę odbyły się tu wybory prezydenckie, a także parlamentarne i lokalne — urząd prezydenta sprawują jednocześnie Serb, Chorwat i bośniacki Muzułmanin. Tegoroczne wybory obywateli Bośni są pierwszymi, w których wyłonią władze niemające nadzoru międzynarodowego (namiestnika ONZ i UE). Na ich oficjalne i ostateczne wyniki przyjdzie poczekać, ale miejmy nadzieję, że polityczna przyszłość Bośni i Hercegowiny nie wpłynie na zainteresowanie nią turystów. Bo warto odwiedzić ten kraj w centrum Bałkanów. I przekazywać tu także dzieciom, małym podróżnikom, lekcję historii schyłku XX wieku.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Dariusz Lasocki

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu