Jan Paweł II nazywał Pismo Święte fundamentem wiary w Chrystusa…
„Trzeba zatrzymać się nad każdym wyrazem i zdaniem Biblii — i poprzez modlitwę wchodzić w jej głąb” — podkreślał Papież w rozmowach z André Frossardem, stanowiących treść książki „Nie lękajcie się”.
I jeszcze: „Jeśli czytanie Pisma Świętego ma ukształtować w nas wiarę, w takim razie musi ono bardzo wgłębiać się w biblijną treść, a równocześnie przekraczać tę treść w stronę Tego, który za pomocą słów Pisma komunikuje »nam siebie«”. I jeszcze: „Czytanie Biblii domaga się przede wszystkim postawy ucznia”.
— Powinniśmy o tym pamiętać! Szczególnie dziś! Każdy prawdziwy chrześcijanin ma trzy obowiązki wobec Biblii: posiadać, czytać i żyć według niej! — grzmi ks. Kazimierz Romaniuk, pierwszy biskup diecezji warszawsko-praskiej.
Ze Szwecji
Zwą się gedeonitami. Co robią? Rozdają Nowy Testament…
Tygodniowo w różnych miejscach świata wręczają ludziom ponad milion sztuk Biblii (rocznie ponad 65 mln!). We wrześniu 2002 r. przekroczyli miliard egzemplarzy. W naszym kraju rozprowadzili ich już prawie 4 mln.
W Polsce są od 16 lat. „Siewcy Słowa” dużo wcześniej chcieli zawitać nad Wisłę, ale władze komunistyczne za żadne skarby nie chciały udzielić zgody na działalność.
— Dopiero pierwszy demokratycznie wybrany rząd pozwolił nam rozdawać Nowy Testament — relacjonuje Andrzej Starzyński, należący do założycieli Międzynarodowego Stowarzyszenia Gedeonitów w Polsce.
Tak wspomina spotkanie założycielskie: „Był rok 1989. Dowiedziałem się, że ze Szwecji przyjechał Lars Dakson, przedstawiciel The Gideons International na Europę Środkową. Zorganizował spotkanie. W warszawskim zborze baptystów przy Waliców 25 zgromadziło się około 10 osób z kilku różnych kościołów chrześcijańskich. Tak powstał tzw. obóz warszawski. Dakson powiedział nam, że jesteśmy pierwsi w Europie Wschodniej. I pojechał do Budapesztu. Tam chyba po tygodniu założył pierwszy obóz węgierski”.
Świeżo upieczeni gedeonici zamówili Nowe Testamenty. Pierwsze polskie rozdawanie — jesienią 1989 roku w warszawskich hotelach Polonia i Metropol.
Od tamtej pory wiele się zmieniło…
— W zeszłym tygodniu udało się otworzyć dwa nowe obozy. Jest już ich w Polsce 49. Dziś mamy ponad 350 aktywnych gedeonitów — z satysfakcją informuje Witold Chrapek, koordynator krajowy Międzynarodowego Stowarzyszenia Gedeonitów.
Szczególny smutek
Mówią: „propagowanie Pisma Świętego to dla nas szczególny przywilej!” Po prostu rozdają Biblię. Nie obnoszą się z tym i — co ważne — nie zarabiają... Więc dlaczego?
— Z miłości do Boga! Naszym celem jest pozyskiwanie ludzi dla Chrystusa. Niech każdy człowiek ma z nim osobistą relację. Wielu, uważających się za wierzących, to ignoranci Słowa Bożego. Nazywam ich mechanicznymi chrześcijanami, bo zapominają o „żywym Jezusie” — opowiada Witold Chrapek.
— Zapotrzebowanie na Słowo Boże jest w Polsce rzeczywiście wielkie — potwierdza ks. bp Romaniuk.
Stołeczny duszpasterz uważa, że większość polskich rodzin katolickich ma w domu choć jeden egzemplarz Biblii. Gorzej z czytaniem — rzadko praktykowane.
— Protestanci, szczycący się dużo większą znajomością Biblii, uformowali nawet taką dewizę: „Biblia jest bestsellerem wydawniczym bez czytelników”. Smutna prawda... Skoncentrujmy się na niej! Ludzie powinni częściej, przynajmniej ten Nowy Testament, otwierać i czytać! Tak można wypełniać pustkę… — wycisza się biskup z warszawskiej Pragi.
— Śmierć Jana Pawła II budzi nadzieję... Szok, smutek, żałoba zbliżają do Boga, do Biblii — emanuje spokojem Witold Chrapek.
Gedeonita podkreśla: „Zwykle, gdy człowiekowi umiera ktoś bliski, życie traci dlań sens. Dlatego wielu zapadł się grunt pod nogami, gdy usłyszeli, że Papież odszedł”. Jego zdaniem, świat zawalił się jednak tylko tym, dla których Bóg nie stanowił podstawy istnienia. I dodaje: „w trudnych okresach życia zawsze trzeba mieć wsparcie. Jeśli nie jest nim Jezus Chrystus, nie jest ono właściwe. Dlatego szczególnie dzisiaj Biblia powinna być powszechnie czytana”.
Ksiądz Jerzy Banak, redaktor naczelny kwartalnika „Bliżej Biblii” uważa, że takie słowa warto wziąć sobie do serca.
— Szczególnie że Ojciec Święty wielokrotnie nawoływał do czytania i podążania za Słowem Bożym — podkreśla katolicki kapłan.
Od gedeonitów można je dostać… Darmo!
— Ludzie zazwyczaj pytają: ile to kosztuje? Jeśli słyszą, że za darmo, z reguły wątpią: „w życiu nie ma nic za darmo!”. Odpowiadamy: „Ależ jest, Boża łaska”! Wtedy znowu pytają: kim jesteście? Odpowiadamy: chrześcijańską organizacją użyteczności publicznej — gedeonitami — zaznacza Witold Chrapek.
Boży biznes
Duńskie przysłowie mówi: „To, kim jesteś, jest Bożym darem dla ciebie, a to, co ze sobą robisz, to twój dar dla Boga”. Choć nie jest maksymą życiową gedeonitów, wydaje się, że według tej zasady działają. Swoje stowarzyszenia określają bowiem mianem Chrześcijańskiej Organizacji Biznesmenów i Ludzi Wolnych Zawodów. Dlaczego?
— Mamy wyraźne obostrzenia zawodowe. By zostać gedeonitą, trzeba spełnić konkretne wymagania: albo prowadzić działalność gospodarczą, albo należeć do grupy wolnych zawodów (nauczyciel, inżynier, lekarz, prawnik, dziennikarz itp.). Może to również być stanowisko kierownicze — ale danej osobie muszą podlegać w pracy co najmniej 2 osoby. No i musi to być, rzecz jasna, człowiek mocno wierzący, jak to Biblia nazywa: „na nowo narodzony”. Czyli ktoś, kto nie jest obojętny na los ludzi, którzy jeszcze nie znają Pisma Świętego… — tłumaczy koordynator polskich gedeonitów.
Skupiacie przedsiębiorców, żeby finansowali wasze działania?
— Poniekąd. Ale to nie tak, że ktoś tam gdzieś siedział za biurkiem i nagle wymyślił, że tak musi być. Życie pokazało, że rozdawanie Biblii to po prostu Boży biznes! I najlepiej sprawdzają się ci, którzy znają reguły prowadzenia biznesu. Nie kierują się chwilowymi emocjami i słomianym zapałem. Ludzie interesu wiedzą, na czym polega dobra organizacja pracy. Nic się nie bierze z powietrza — uśmiecha się Witold Chrapek.
Jego wypowiedź uzupełnia Andrzej Starzyński. Mówi, że nie ma żadnych szkoleń, to po prostu muszą być osoby odpowiedzialne, potrafiące nawiązywać równorzędne kontakty z kadrą zarządzającą szpitali, szkół, hoteli, zakładów karnych, jednostek wojskowych (tylko tam trafią gratisowe Biblie). Muszą umieć zaproponować Biblię tak, jakby mieli do ubicia bardzo dobry biznes. Z drugiej strony: chodzi o możliwość dysponowania własnym czasem. Dlatego potrzeba ludzi wolnych zawodów, którzy mogą wygospodarować godziny, by w ciągu dnia pójść i rozdać Biblie.
Kaliber biblijnych biznesmenów?
— Najczęściej firmy jednoosobowe. Jest i kilku poważnych — np. drukarz spod Gdańska. Ale to jednostki… — ucina Witold Chrapek.
Nie chcecie się ujawniać?
— A skąd! Nie działamy anonimowo. Przecież cieszymy się z tego, co robimy. Mogę podać namiary... Z radością porozmawiają.
Ile kosztuje taka działalność?
— Druk egzemplarza Nowego Testamentu pochłania 1,3 dol. Egzemplarze rozprowadzane w Polsce są drukowane w Szkocji. Egzemplarz trójjęzyczny — polsko-angielsko-niemiecki — był drukowany w Polsce, teraz — w Finlandii…
A skąd pieniądze?
— Mamy coroczną składkę: odpowiednik 10 dol. Gedeonici amerykańscy płacą więcej, bo żyją w bogatszym kraju (do niedawna 40, a w teraz chyba nawet 50 dol.). Zachęcamy też członków, by — w miarę swoich możliwości — jakąś ofiarę dobrowolną dodatkowo złożyli. Myśmy na przykład w obozie w Bielsku-Białej przyjęli, że dajemy ustaloną składkę — plus drugie tyle.
Wystarcza?
— To stanowczo za mało. Dlatego ponad 50 proc. funduszy to ofiary kościelne. Raz w roku w każdym z kościołów, którego członkowie należą do stowarzyszenia, organizujemy składkę. Jakoś dajemy radę...
Doskonała robota
— Rozdając, wskazujemy wyłącznie na Słowo Boże. Absolutnie nie mówimy o żadnej religii czy konkretnym Kościele. Nie wolno! Zabrania nam tego konstytucja stowarzyszenia. Gedeonici nie ciągną do siebie, lecz do Chrystusa. Dajemy Biblię i na tym kończy się nasz kontakt z człowiekiem — przezornie wtrąca Andrzej Starzyński.
Wie, o czym mówi, bo ich poczynaniom bacznie przyglądają się rzymskokatoliccy kapłani…
— Ich działalność jest przedmiotem naszych refleksji od dawna. Kościół rzymskokatolicki w Polsce ją toleruje — komentuje ks. biskup Romaniuk.
I dodaje, że Pismo Święte, które oni oferują, jest w porządku. A zna się na rzeczy — bo to wybitny biblista! Jego przekład — zwany Biblią Warszawsko-Praską — ukazał się w 1997 r. Właśnie szykuje się wznowienie z autorskim wstępem Jana Pawła II.
— Nie żądają żadnego wynagrodzenia, niech sobie rozkładają... Nie mamy prawa, by im tego zabraniać — odwiedzają ludzi potrzebujących — zerka przychylnym okiem ksiądz biskup.
Ale nie tylko on. W Trójmieście gedeonici zyskali aprobatę i przychylność arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego. W Malborku współpracują z prałatem Janem Żołnierkiewiczem, który publicznie ich chwali: „Ich działalność postrzegam bardzo korzystnie” — mówił na łamach „Gazety Malborskiej”. Ks. Jerzy Banak, redaktor naczelny katolickiego kwartalnika „Bliżej Biblii”, pisze tak: „Przekład rozpowszechniany przez gedeonitów to tzw. Biblia Warszawska (z 1975 r.). Spotkała się ona z pozytywnymi recenzjami ze strony katolickiej. Jedno z jej wydań zawierało księgi deuterokanoniczne (przez protestantów zwane apokryfami) i było rozpowszechniane wśród katolików. Diecezja koszalińsko-kołobrzeska zakupiła nawet większą ilość tych Biblii”.
— Gedeonici robią doskonałą robotę. Jestem gorącym zwolennikiem ich pracy. A jeszcze teraz! Właśnie po śmierci Ojca Świętego powinniśmy sięgać po Biblię i czytać… Słowo Boże niesie prawdziwe ukojenie i spokój ducha — woła redaktor naczelny „Bliżej Biblii”.
Biskup Romaniuk nagle ostrzega: „Trzeba jednak uważać, bo nie tylko oni taką działalność prowadzą. Gedeonitów próbują naśladować i sekty!”
— Dlatego trzeba pamiętać, że nie nabijamy statystyk. Nie jesteśmy Kościołem, tylko organizacją międzykonfesyjną. Mogą do nas dołączać tylko osoby świeckie, pochodzące praktycznie ze wszystkich kościołów chrześcijańskich (protestanckich i ewangelickich). Prócz tych wszystkich, którzy coś dodają do Biblii bądź z niej ujmują. Propagujemy czyste słowo Boga! I tak na przykład świadkowie Jehowy, adwentyści czy mormoni znajdują się poza kręgiem działań gedeonitów — tłumaczy Witold Chrapek.
Biskup Romaniuk: „Szkoda, że katolicy nie prowadzą podobnej działalności”.
— Rzeczywiście. Biznesmeni, którzy sponsorują np. konkursy Miss Polonia, mogliby o tym pomyśleć — wtóruje mu ze swadą ksiądz Banak.
Jak by to było, gdyby katolicy zaczęli masowo rozdawać Pismo Święte za darmo?
— Wspaniale! Poniekąd już się tak dzieje. Są przecież księża i katecheci, którzy z nami współpracują — cieszy się Andrzej Starzyński.
Gryps od Chrystusa
Jest pięć obszarów, do których gedeonici trafiają: hotele, szpitale, szkoły, więzienia i jednostki służb mundurowych. Dlaczego akurat tam? Witold Chrapek charakteryzuje miejsca przeznaczenia: „Hotele, bo ludzie są w nich wyobcowani — bez rodzin. Często sięgają po Biblię z nudów. Czytają w samotności, mogą coś przeżyć… Zdarzają się nawrócenia!”.
Podobnie w szpitalach. Krajowy koordynator gedeonitów mówi, że tam ludzie mają dużo więcej czasu. Do tego cierpią, przez co częściej myślą o Bogu… Szukając pociechy, chętnie sięgają po Biblię.
— Jeśli chodzi o hotele i szpitale, gdy tylko uzyskujemy zgodę, najczęściej nie rozprowadzamy, ale wyposażamy je w Biblię. Nie dajemy jej pacjentowi do ręki, lecz kładziemy na szafce — wyjaśnia Witold Chrapek.
Czasem ktoś powie: „Nie chcę!”. Wtedy należy grzecznie dać do zrozumienia, że może inny pacjent zechce sobie poczytać… Ale są i tacy, co zabierają Biblię do domu.
— Prawda jest taka, że egzemplarze znikają. Dlatego po kilku miesiącach pojawiamy się znowu i pytamy: ile ubyło? Przecież jak komuś Bóg się podoba i zabiera Go ze sobą, to tylko powód do radości. Jakieś trzy miesiące temu otrzymałem maila od gościa hotelowego z Holiday Inn w Krakowie — podali mu mój adres. Pisze: „Tak bardzo mi się podobało, że wziąłem. Przyznaję się i chcę pokryć koszty”. Jakiś Niemiec... Byłem zbudowany — nie kryje radości gedeonita.
I przytacza kolejny przykład fascynacji Bogiem — z innej beczki: „Więźniowie bardzo lubią nasze małe Nowe Testamenty ze względu na delikatny papier. Wyrywają kartki i skręcają sobie z nich papierosy. W pewnym zakładzie karnym ktoś sprzedawał takie skręty. Jeden z więźniów kupił, lecz nim zapalił, zauważył, że to zadrukowana karteczka. Rozwinął, wysypał tytoń i przeczytał… To był fragment Ewangelii Jana. I Bóg otworzył mu oczy!”
Takie sytuacje stanowią dla gedeonitów owoc ich pracy.
— Pewnie wiele Biblii przez nas rozdanych nigdy nie przeczytano. Czasami obrastają kurzem albo lądują w koszach na śmieci. Ale to właśnie w nich jest napisane, że całe niebo się cieszy, kiedy nawraca się jeden człowiek... — sumuje Andrzej Starzyński.