Choć pracują w telekomie, działają niby tanie linie lotnicze: z fantazją tną koszty, gdzie się da. Dla jednych są pazerni, dla innych — po prostu skuteczni. Ich szef — jak to ludzie ze Smaland — ma ponoć sknerstwo, a może tylko pedantyczną oszczędność, we krwi.
No i gdzie zarząd?
— Nie ma zarządu — rzuca Karol Wieczorek, niezależny doradca ds. public relations, w Tele2, także de facto rzecznik prasowy. I dodaje po chwili:
— Znaczy jest, ale w Szwecji.
No jak to, nagle wszyscy wyjechali?
— Całą władzę scedowano na Fredrika, dyrektora generalnego, dlatego inni raczej rzadko przyjeżdżają. To typowe dla Tele2, bo tak łatwiej się zarządza. Ale kiedy trzeba, zarząd zjawia się w komplecie. Szybciej niż myślisz — tłumaczy Karol Wieczorek.
Stoimy w „open space” — sali operacyjnej. Wokół z dziesięć osób przy komputerach.
To może chodźmy do szefa? Do komfortowego gabinetu, ze skórzanym fotelem i zdjęciami rodziny na biurku. Sekretarka poda kawę, pogadamy.
— No, właśnie jesteśmy. To tamto biurko, pod oknem — Wieczorek wskazuje jeden z wielu identycznych mebli. I kontynuuje:
— Swoje ustawiliśmy w czworokąt — obok jego biurka: dla lepszej komunikacji. Nie trzeba krzyczeć przez całą salę, puszczać papierowych samolotów z umowami ani pisać e-maili — tłumaczy rzeczowo.
Zarząd „dojeżdżający”, gabinet szefa w „open space”, sekretarka — w marzeniach. Aha. Gdzie szef?
Wchodzimy do niezbyt dużej sali z długim stołem konferencyjnym. W pomieszczeniu siedzą trzy osoby: jedna na stole, druga na parapecie, trzecia na krześle, czwarta nalewa sobie kawę z ekspresu, zwanego tu „sekretarką”.
— Zgadnij, kto jest szefem — szepcze przewodnik.
Na końcu wskazuję Fredrika de Lerigon. Jest jak ten Włoch w „Ucieczce” Jima Jarmuscha — niepozorny, za to z tęgą głową do interesów. Niedawno ktoś mi powtarzał, jak podczas briefingu prasowego kilka razy koło niego przechodził, ale dopiero gdy zobaczył Szweda wygłaszającego mowę, zorientował się, że to szef Tele2 Polska.
Przybysz
Fredrik de Lerigon, jak przystało na Szweda, jest blondynem. Ma 32 lata, choć wygląda na mniej. W krótkiej notce biograficznej w rubryce zainteresowania napisał: „praca, sport (bieganie i ricochet, czyli squash), czytanie”. Przyjął nazwisko żony. W Szwecji to normalne. Gdy przyjechał do Polski, dowcipkowano, że Tele2 nie mogła zrobić nic lepszego niż przysłać tu Francuza... Takie inteligentne skojarzenia z nazwiskiem.
Przyjechał, zadomowił się i szybko przyzwyczaił. No nie do wszystkiego...
— W Polsce wszystko działa w miarę normalnie, ale jedno zastanawia mnie do tej pory: urzędy skarbowe. Niezbyt mili urzędnicy i przerażeni petenci. W Szwecji urzędnik — wiedząc, że to petenci płacą na jego pensję — jest dla nich miły i uprzejmy. W Polsce — odwrotnie. No i te kontrole... Nikt nie potrafi mi wyjaśnić, dlaczego — mimo że co do grosza płacę podatki — inspektorzy skarbowi na okrągło sprawdzają właśnie moją firmę, zamiast te, które nie płacą. Albo: jestem na poczcie, stoję w kolejce i widzę, że niemal każdy płaci tu jakieś rachunki. Tylko po co, skoro ma konto bankowe? W Szwecji poczta służy do wysyłania listów, paczek i kupowania znaczków. No i politycy... Ale o nich może kiedy indziej — mówi de Lorigon.
Jak Szkoci
Jeżeli ktoś mówi, że Szkoci są pazerni, to trzeba dopowiedzieć, że w biznesie sztukę oszczędzania do perfekcji opanowali Szwedzi z południowej części kraju — ze Smaland. To taki skandynawski odpowiednik okolic Edynburga czy Glasgow, słynący ponoć z zamiłowania mieszkańców do niewydawania pieniędzy. Ze Smaland pochodzi syn założyciela Ikei, Piter Kamprad oraz prezes Tele2, Lars Johan Jarnheimer.
— To było w Polsce, rok temu. Piter Kamprad i Lars Johan Jarnheimer jechali gdzieś razem. Padał deszcz i w samochodzie prezesa Tele2 zepsuła się wycieraczka. Zatrzymał się na jakiejś stacji benzynowej i kupił najtańsze wycieraczki, do tego za długie i musiał je ucinać, by pasowały do samochodu. Gdy ruszyli w dalszą drogę, Lars Johan chwali się Piterowi, że zaoszczędził na tym interesie 100 zł. Na to syn założyciela firmy IKEI mówi: „Ja bym wymienił tylko po stronie kierowcy” — opowiada Fredrik de Lerigon.
Tacy są właśnie smalandczycy. Nie bez powodu mówi się w branży o Tele2, że gdyby ludzie stamtąd mieli się przebranżowić, to pewnie wybraliby tanie linie lotnicze. Bo co jak co, ale obniżkę kosztów opanowali do perfekcji.
Nie mają ani jednej służbowej limuzyny, za to mają niskie ceny.
— Korzystamy z prywatnych samochodów lub taksówek. Tylko kilka osób — tych, które naprawdę dużo jeżdżą — ma służbowe samochody na wyłączność — wzdycha Marcin Zarzycki, customer care manager, odpowiedzialny za „dopieszczanie klientów”, który — jak słychać w głosie — dużo nie jeździ.
— Większość samochodów stoi przed firmą i gdy ktoś musi gdzieś jechać, to wsiada i jedzie — wtrąca Fredrik.
Sam porusza się po mieście albo starym fordem combi, albo taryfami najtańszych korporacji. Słowo się rzekło: Fredrik de Lerigon to maniak oszczędzania.
— Redukuje koszty niekiedy aż do przesady. Ale na ludziach i sprzęcie nie oszczędza — mówi Jacek Wiśniewski, dyrektor techniczny Tele2.
Poza płacami i sprzętem dla Fredrika de Lerigon w sknerstwie nie ma żadnej świętości.
— To nie dotyczy mojej pensji — wtrąca z uśmiechem Piotr Brudnicki, prawnik doradzający Tele2.
— Tnie wszystko z niemiłosierną wprost skrupulatnością i zaangażowaniem. Osobiście podpisuje każdy przelew i fakturę, nawet na ołówki i zszywacze — sypie Agnieszka Tomczak, dyrektor finansowa Tele2.
— Kiedyś znalazłem na biurku zamówienie na długopisy, większość po 1,5 zł. Wiem, że możemy kupić tańsze, więc skreśliłem tę cenę i wpisałem: maksymalnie 50 gr za długopis — wtrąca Fredrik de Lerigon.
Z powodzeniem mógłby zostać honorowym obywatelem Smaland. Rozrzutność wprost go rozsierdza. Dla Fredrika de Lerigon tradycyjnie pojmowany prestiż z jego zewnętrznymi, materialnymi atrybutami to oznaka snobizmu, za który płacą klienci — a on nie chce żyć na czyjś koszt.
— Kiedyś pojechałem na konferencję niezależnych operatorów... Gdy zobaczyłem szefa jednego ze średniej wielkości operatorów, który jeździ białym jaguarem z prywatnym szoferem, zbaraniałem!! Nic dziwnego, że Tele2 jest tańsze od innych operatorów — mówi de Lerigon.
— Nie mamy limuzyny z kierowcą, za to switche czy serwery są najlepsze w branży — wtrąca Jacek Wiśniewski.
W umyśle smalandczyka nie istnieje I klasa w samolocie czy pociągu — ważne, by siedzieć. Skoro szef SAS może własnymi samolotami latać klasą ekonomiczną, to tym bardziej mogę ja i moi ludzie — mawia, gdy ktoś chce go naciągnąć na droższy bilet.
— Rzeczywiście, jesteśmy odpowiednikiem tanich linii lotniczych, redukujemy bezsensowne koszty, gdzie się da, by zaoferować jak najniższą cenę — potwierdza Marlena Skiba, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu.
Mokry tusz
W Tele2 dział marketingu to zaledwie trzy osoby. Nie ma punktów obsługi klienta, bo — zdaniem Szweda — po to wynaleziono telefon, by zaoszczędzić na chodzeniu. Dlatego, gdy do firmy przychodzi klient z problemem, sadza się go przed telefonem i mówi, gdzie i do kogo powinien zadzwonić. To, co można było, zlecono firmom zewnętrznym, dlatego w Tele2 pracuje raptem dwadzieścia parę osób.
— Gdy ktoś skończy, co miał zrobić, idzie pomagać innym — mówi smalandczyk (w wolnej chwili też często podchodzi do swoich ludzi i pyta, czy może się przydać).
— Sam też często zagląda do call center. Nikt nie wie tyle o potrzebach klientów, co oni sami — stwierdza Marlena Skiba.
W Tele2 każdy menedżer ma obowiązek raz na kwartał poświęcić dzień właśnie na przysłuchiwanie się rozmowom w call center.
W firmie nie ma sekretarki, bo większość jej funkcji spełnia ekspres do kawy.
— Tu każdy musi wiedzieć wszystko o wszystkim, musi być swoistym omnibusem — sumuje Marcin Zarzycki.
— Żeby tu wytrzymać dłużej niż dzień, należy być mentalnie przygotowanym na pracę w Tele2. Można nawet powiedzieć, że do pracy tutaj trzeba się urodzić — wtrąca Jacek Wiśniewski, dodając:
— Gdy tu przyszedłem, myślałem, że będę robić tylko to, w czym jestem najlepszy. Okazało się, że muszę się znać na wszystkim — od księgowości po psychologię klienta.
— No i hierarchia... U nas decyzja zapada szybko, bo nie trzeba biegać od Annasza do Kajfasza, by zebrać potrzebne podpisy — wtrąca Marlena Skiba.
— Gdzie indziej dokument — zanim trafi na biurko dyrektora generalnego — zdąży pożółknąć, za to u nas tusz nie zdąży wyschnąć, bo ta hierarchia jest ograniczona do minimum — dopowiada Marcin Zarzycki.
Happeningi
— Gdyby w biznesie przyznawano medale za waleczność, Tele2 i jej szef mieliby ich pełne szuflady. Bo też żaden z operatorów nie jest tak zajadły w dochodzeniu swoich praw na „uregulowanym” rynku telekomunikacyjnym w Polsce. To jest fighter, choć może na takiego nie wygląda... — mówi o Fredriku de Lerigon Marcin Zarzycki.
Jego szef trenował kiedyś kick boxing i był nawet mistrzem Szwecji.
— No tak, byłem mistrzem, ale południowej Szwecji. Żaden wyczyn. Równie dobrze mógłbym zostać mistrzem kuchni włoskiej na Grenlandii — śmieje się de Lerigon.
— Jest bardzo ambitny. Podczas spotkania z dziennikarzami, które urządziliśmy na torze gokartowym w Piasecznie, trwały wyścigi. Koniecznie chciał z każdym wygrać. Mówię mu: „Fredrik, ty się uspokój i daj wygrać prasie, bo to dla niej ta cała impreza”. Nawet nie chciał słuchać, walczył jak o puchar Formuły 1. Na szczęście okazało się, że tym razem dziennikarze naprawdę byli górą — ocenia Karol Wieczorek.
— A w biznesie? Jest taki sam. Nie znosi kompromisów i nic nie jest go w stanie przerazić — dodaje Jacek Wiśniewski.
De Lerigon ma coś w sobie z Don Kichota. Inni operatorzy siedzą cicho, a on wali w bębny.
— Nie walczę z kimś, ale o coś — mówi, gdy zapytać o sprawy sądowe przeciw TP SA i Urzędowi Regulacji Telekomunikacji i Poczty. W sumie — wspólnie z klientami — wytoczył ich ponad tysiąc! Nie przegrał jeszcze żadnej.
— Jeżeli mamy do czegoś prawo, chcemy to mieć. Jeżeli ktoś nam tego zabrania, walczymy o swoje. I tyle. Chcemy być tanim operatorem i jesteśmy nim, bo taka jest nasza dewiza. Zachowanie monopolistów często nam to utrudnia. Inni operatorzy wolą nie podskakiwać, ale ich dewiza jest inna od naszej, więc mogą sobie pozwolić na bezczynność, my — nie — tłumaczy Fredrik de Lerigon.
Walczy różnymi metodami. A że najskuteczniejsze są te nietypowe, przeto nie waha się przed happeningiem i działaniami z pogranicza „pomarańczowej alternatywy”.
— Telekomunikacja Polska przez kilka miesięcy nie chciała przyjąć wniosków naszych klientów o preselekcję — czyli automatyczne umożliwienie łączenia się przez sieć Tele2. No to się Fredrik wkurzył, wytoczył TP SA sprawę w sądzie. Ten wydał tzw. zarządzenie tymczasowe, w którym nakazał TP SA przyjęcie i realizację zleceń preselekcji naszych klientów. Zapakowaliśmy kilkanaście kartonów z wnioskami do firmowego vana i pojechaliśmy na Nowy Świat — do siedziby TP SA. Tam wnieśliśmy wszystko do sekretariatu i postawiliśmy na podłodze, po czym powiedziałem: „Teraz już nie możecie powiedzieć, że ich nie macie lub wam się zapodziały”. Cel osiągnęliśmy: po paru tygodniach klienci mogli bez problemów dzwonić taniej przez swego operatora — opowiada Karol Wieczorek.
— I znowu tak zrobię, kiedy nasi klienci nie dostaną preselekcji na komórki — rzuca Fredrik, nie przestając nalewać kawy z „sekretarki”.
— Rany boskie! — komentuje Marcin Zarzycki, łapiąc się za głowę.
Zmrok. W firmie zostało tylko kilka osób.
— Tylko ty nie pisz wszystkiego, co tu usłyszałeś, bo ludzie pomyślą, że Tele2 jakieś pomarańczowe jest — śmieje się Karol Wieczorek już przed budynkiem.
Fredrik wsiada na swój — prywatny i olbrzymi — motocykl: bmw 1200 classic, macha na do widzenia i z piskiem opon znika w ciemnościach.
Przez moment jechał chyba na jednym kole.
