Nieważne, jaka jest cena kredytu — dla klienta liczy się przede wszystkim wysokość raty. Błąd
Credo consumer finance legło w gruzach. Pytanie, kto był bardziej łatwowierny: banki czy klienci?
Klient nie jest wrażliwy na cenę, lecz na wysokość raty — takie było credo consumer finance, w które święcie wierzono jeszcze do połowy ubiegłego roku. Nic to, że kredytobiorca ma niskie dochody. Jeśli rata jest na tyle mała, że nie obciąża za bardzo miesięcznego budżetu, wówczas można mu dać nawet wysoki kredyt. Warunek był tylko jeden: musi regularnie spłacać dług. Kto nie miał zaległości, budował sobie pozytywną historię w banku, która potem stanowiła podstawę do udzielania kolejnego kredytu. Bo jak tu nie dać pieniędzy wzorowemu klientowi.
— Okazało się, że dotychczasowy model nie sprawdził się w trudniejszych warunkach ekonomicznych. Oceny dokonywano zgodnie z zasadą: "past performance is the guarantee of the future performance" [zachowanie klienta w przeszłości jest gwarancją jego zachowania w przyszłości — red.]. Trzeba jednak pamiętać, że na końcu tej zasady jest jeszcze "however", które zostało potraktowane zbyt lekko. Uważaliśmy wszyscy, że gdy klient na bieżąco obsługuje zadłużenie, to jakiekolwiek by ono było, oczywiście w rozsądnych granicach, będzie je obsługiwał nadal. Problemy zaczęły się w momencie zaostrzenia polityki kredytowej i utrudnień w dostępie do finansowania — mówi Leszek Niemycki, prezes DB PBC.
Banki zapędziły się w kozi róg. Jeszcze siedem, osiem lat temu pożyczały gotówkę tylko na niewielkie kwoty. Jeśli już, wolały kredytować zakupy ratalne. Z czasem okresy kredytowania zaczęły się wydłużać. Jednak trzy lata to wciąż było dużo. Tama pękła w 2006 r., kiedy gospodarka przyspieszyła i zaczął się boom kredytowy.
— W latach 2006-08 banki z produktu uzupełniającego stworzyły produkt wiodący z okresem finansowania dochodzącym do 6-7 lat — stwierdza Leszek Niemycki.
Wydłużenie okresu spłaty obniżyło wysokość raty. Tym samym zwiększyły się możliwości zadłużeniowe klienta. Zdolność kredytowa kogoś, kto ma tysiąc złotych miesięcznego dochodu, przy rocznym kredycie wynosi 3 tys. zł. Przy kredycie na 7 lat zdolność rośnie do 10-15 tys. zł. A wysokość raty się nie zmienia.
Kredytowy bum
Model sprawdzał się świetnie w czasie prosperity. W 2005 r. portfel kredytów konsumenckich rósł w tempie 34 proc., rok później dynamika wyniosła 39 proc. 2007 r. zakończył się przyrostem rzędu 42 proc., kolejny — o oczko wyższym. Nawet w uderzonym już kryzysem 2009 r. dynamika wyniosła 18 proc. W 2008 r. przebiliśmy średnią Unii Europejskiej pod względem korzystania z kredytów konsumenckich (liczoną jako wielkość zadłużenia do PKB).
— W miastach oddziały większości banków otwierano tuż obok siebie, na jednej ulicy. Klient w ciągu pół godziny mógł przejrzeć wszystkie oferty. Miał pełen przekrój consumer finance — mówi prezes Leszek Niemycki.
Do tego pełną parą ruszyła machina reklamowa. Szef DB PBC uważa, że dzięki reklamie zbudowana została głęboko osadzona świadomość dostępności produktu. I ludzie po niego sięgali. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie kryzys. W połowie 2009 r. niemal wszystkie banki aktywne na tym rynku drastycznie ograniczyły dostępność kredytów konsumenckich, bo — jak się okazało — ten właśnie portfel zaczął się psuć.
A na tym nie koniec. Już połowa ze 130 tys. przekredytowanych, czyli osób, które mają ponad dziesięć kredytów, nie obsługuje co najmniej jednego ze swoich zobowiązań.
— Zalegają ze spłatą rat ponad 90 dni — mówi Andrzej Topiński, ekonomista Biura Informacji Kredytowej (BIK).
Dla banku taki kredyt jest już stracony i musi na niego zawiązać 100 proc. rezerw.
— Zadłużenie nie jest zabezpieczone, zatem ograniczone są możliwości windykacji. W pewnym momencie banki stały się zbyt przystępne i liberalne. Teraz muszą ponosić tego konsekwencję — mówi Maciej Szczechura, wiceprezes Eurobanku, w którym w 2009 r. odpisy wyniosły 700 mln zł, wobec ponad 200 mln zł rok wcześniej.
— Wyższe ryzyko na kartach kredytowych i kredytach konsumenckich to największe zaskoczenie w 2009 r. — mówił podczas konferencj i wynikowej Sławomir Sikora, prezes Citi Handlowego.
Państwu dziękujemy
Zaskoczeń może być więcej, właśnie za sprawą multikredytobiorców. Na razie połowa ma już jakąś zaległość wobec banków. Gdy wejdzie w życie rekomendacja T, w tarapaty może wpaść spora część kredytobiorców 10+. Prezes DB PBC wyjaśnia, dlaczego:
— Żaden bank nie udostępni finansowania przekredytowanym, nawet gdyby chciał. Rekomendacja jest dokumentem dość precyzyjnym i bardzo rygorystycznym, jeśli chodzi o badanie indywidualnej zdolności kredytowej klienta — mówi Leszek Niemycki.
Dzisiaj część multikredytobiorców z obsługą długu radzi sobie w ten sposób, że jeden kredyt spłacają kolejnym, kartę kredytową debetem w rachunku itp. Część z tych produktów ma żywotność dwa-trzy lata. Kiedy termin karty kredytowej wygaśnie, inżynieria finansowa się skończy.
— Bank sprawdzi w BIK, jakie klient ma zadłużenie. Jeśli taki nawet regularnie spłacający należności klient będzie miał zbyt wysoki stosunek zadłużenia do dochodów (DTI), wówczas bank musi mu odmówić wznowienia karty kredytowej czy odnowienia kredytu — mówi prezes Niemycki.
18-20
mld zł Na tyle Mariusz Karpiński, ekspert Gdańskiej Akademii Bankowej (były szef GE Money Bank Polska), szacuje łączne zadłużenie przekredytowanych. Jako pierwszy zwrócił uwagę na problem nadmiernie zadłużonych kredytobiorców. Twierdzi, że zepsute kredyty dopiero zaczęły bić w bilanse banków. Największych rezerw spodziewa się w III kwartale tego roku.
Miliardowe odpisy
Marek Juraś, szef analityków Unicredit CA IB
Największym błędem modelu consumer finance było to, że nie wymagał sprawdzania wiarygodności kredytowej klientów w Biurze Informacji Kredytowej i pozwalał na ich niekontrolowane zadłużanie się. Brak wiarygodnej informacji o stanie finansów klientów oraz ogromna łatwość w zaciąganiu kredytów sprawiły, że część klientów przelewarowała się w nieprawdopodobny sposób.
Teraz banki próbują odroczyć problem, wydłużając okresy spłaty. Nie uciekną jednak od rezerw i przez najbliższych kilka kwartałów odpisy na kredyty konsumenckie będą nadal wysokie. Szacujemy, że w nadchodzących kwartałach będą one w całym sektorze zdecydowanie powyżej miliarda złotych kwartalnie.
Szansa dla odważnych
Andrzej Powierża
analityk DM Banku Handlowego
Czasy, gdy kredyty konsumenckie rosły w tempie 40 proc., już się skończyły. Sądzę, że dynamika utrzyma się na poziomie nominalnym PKB, czyli 3 proc. inflacji plus 4-5 proc. wzrostu gospodarczego. Chociaż banki uciekają z tego rynku, to wydaje się, że paradoksalnie teraz najlepiej weń wejść. Właśnie dlatego, że konkurencja osłabła, a popyt wciąż jest. Te banki, które najszybciej nauczą się na błędach, mają sporo do ugrania. Niedługo stopy w NBP pójdą w górę, a wraz z nimi maksymalne oprocentowanie kredytów konsumenckich. Marże już są wysokie. Wprawdzie rekomendacja T ograniczy nieco sprzedaż, ale wydaje się, że uderzy ona w szczególnie ryzykowny dla banków segment rynku, czyli klientów praktycznie bez zdolności kredytowej. Do pozyskania jest klient o niezłych dochodach, nieprzekredytowany. Wygrają banki, które w odważny i bezpieczny sposób będą potrafiły go zagospodarować. Po doświadczeniach z klientami przekredytowanymi wiadomo już, jak, gdzie i co należy sprawdzić, żeby uniknąć niepotrzebnego ryzyka.