Polacy coraz chętniej zaopatrują się w leki sprowadzane w ramach importu równoległego. Nic dziwnego, takie preparaty są od 10 do nawet 60 proc. tańsze od medykamentów, wprowadzanych przez krajowe oddziały koncernów farmaceutycznych. Według danych firmy badawczej IMS Health, w ubiegłym roku wartość sprzedaży produktów pochodzących z importu równoległego wzrosła rok do roku o 89 proc. i sięgnęła już 80,3 mln zł. Według Marcina Gawrońskiego, eksperta IMS, tylko w samym grudniu wartość importowanych preparatów wyniosła 7,6 mln zł, osiągając 0,56 procentową wartość w rynku farmaceutyków. To zasługa 19 firm, które parają się taką dystrybucją.
- Liczymy, że nadchodzące lata pozwolą nam osiągnąć udział w rynku na poziomie 2 proc. - szacuje Tomasz Dzitko, prezes Stowarzyszenia Importerów Równoległych Produktów Leczniczych w Polsce, który równolegle kierują łódzką Delfarmą.
Niestety, wahania na rynkach walutowych mogą zakłócić tą idyllę. Według
Tomasza Dzitki, słabnący złoty może pokrzyżować plany importowe. Ceny w imporcie
równoległym już rosną, ale możliwe jest także wstrzymanie sprowadzania leków.
- Import równoległy ma tylko sens wtedy, gdy preparaty są rzeczywiście
tańsze dla pacjenta - konkluduje Tomasz Dzitko.
Najcześciej dotąd
importowanymi lekami były m.in. Aspirin C, Cilest, Detralex i
Eurespal.